You're currently on:

Zawód projektant

Russel Cosey to Anglik, który jako jeden z niewielu ludzipage_gallery_495e270a60c6e_maks na świecie zawodowo zajmuje się projektowaniem sprzętu karpiowego. Od kilku miesięcy Russel pracuje dla firmy Tandem Baits, która latem zaprosiła naszą redakcję na spotkanie z tym niezwykle ciekawym człowiekiem. Oto z nim wywiad...

„KM” -Powiedz ilu jest profesjonalnych projektantów sprzętu karpiowego na świecie? 

R.C. - Profesjonalnych? Pracują w takich firmach jak Daiwa czy Shimano. To wędki i kołowrotki, natomiast jeżeli chodzi o sprzęt to takim projektantem był na pewno Rod Hutchinson, Kevin Nash, ludzie firmy Fox, związani z JRC, ale to było dawno. Większość od lat znanych firm wymyśliło prawie wszystko to co teraz mamy. Prawda jest taka, że dzisiaj prawie nie ma ludzi, którzy wymyślają coś nowego, oni kopiują stare pomysły. Zauważ, wszystkie znane nazwiska, dodam jeszcze Martina Locke z Solara i Danny Fairbrassa z Kordy, to ludzie działający w tej branży od kilkunastu lat. Znajdź mi jakieś nowe nazwisko, które firmuje coś nowego, odkrywczego. Nie ma. Na początku wędkarstwa karpiowego wymyślano rzeczy, które pozwalały na łowienie karpi, teraz wymyśla się rzeczy, które albo są wtórne, są rozwinięciem tych starych, albo po prostu ułatwiające karpiarzowi życie. Poza tym, przynajmniej w Anglii ci, wszyscy ludzie byli ze sobą powiązani. To grupa dobrych znajomków, której duża część pracowała w większości firm. Oni przed sobą nie mają tajemnic, to byli inicjatorzy tego całego karpiowego zamieszania. Ktoś, kto pracował w firmie X, za chwilę przenosił się do innego miasta i zakładał własną firmę.

„KM” - Kto tak naprawdę ma wpływ na powstawanie nowych rzeczy? Czy inicjatorami się karpiarze, czy raczej ludzie zatrudnienie w firmach.

R.C. - To firmy wymyślają. Czym ja na przykład się zajmuję? Staram się projektować rzeczy, które ułatwią ludziom wędkowanie. Na przykład namioty. Wymyślam, aby były jeszcze lżejsza, łatwiejsze w rozkładaniu, a jednocześnie szczelne i komfortowe. Dobór materiałów, komponentów, wyszukiwanie producentów jakichś tam małych drobiazgów, w rodzaju zamków błyskawicznych, to wszystko jest na mojej głowie.

„KM” - Porozmawiajmy o kołowrotkach, czyli najbardziej skomplikowanym narzędziu pracy karpiarza.

R.C. - Najbardziej skomplikowane są wędziska.

„KM” - Mam na myśli raczej ilość części użytych w każdym kołowrotku. Skąd oni wiedzą co wędkarze chcą?

R.C. - No tak. To dość skomplikowana sprawa. Większość naprawdę nowatorskich pomysłów zastosowanych w kołowrotkach wychodzi z biur projektowych Daiwy i Shimano. Na przykład tak popularne dzisiaj kołowrotki typu big pit. Wcale nie skonstruowano ich z myślą o karpiu. Powstały z myślą o japońskich wędkarzach morskich łowiących z brzegu. Dopiero ich sprzęt po kilku latach trafił w ręce karpiarzy. Mało kto też wie, że pierwsze kołowrotki big pit z wolnym biegiem wyprodukowali Chińczycy, jeszcze przed Shimano i Daiwą, ale były one adresowane do wędkarzy łowiących w morzu. Na razie nie zapowiada się żadna większa rewolucja w wyglądzie kołowrotków. Może będą inne materiały. Na pewno w obudowach pojawi się karbon, pewnie tytan, który jest coraz częściej spotykany. Czyli wszystkie materiały, które zwiększają wytrzymałość i zmniejszają możliwość korozji.

„KM” - Wędziska są najbardziej skomplikowane. Dlaczego?

R.C. - Jeszcze do niedawna nie była to tak skomplikowana technologia. Owszem, wędzisko składało się z kilku elementów wykonanych z różnych materiałów. Było to na przykład włókno węglowe, połączone z włóknem szklanym, na takiej zasadzie że jedna część była z tego, a szczytówka z innego. Teraz mamy do czynienia z wieloma różnymi matami węglowymi, które są ze sobą łączone w bardzo skomplikowanych procesach technologicznych. Dzięki temu osiąga się niemal dowolne parametry wędzisk, które w dodatku stają się lżejsze, mają cieńsze blanki, a są o wiele bardziej wytrzymałe niż dotychczas. To jest naprawdę skomplikowana technologia, wymagająca bardzo wysoko postawionego zaplecza technicznego i materiałowego.

„KM” - W opinii większości wędkarzy do dalekich rzutów nadają się wyłącznie sztywne wędziska o szczytowej akcji. Czy to prawda?

R.C. - Absolutnie nie. Obecnie produkowane są wędziska o dość miękkiej akcji, które dzięki zastosowanym materiałom pozwalają na ekstremalnie dalekie rzuty, a jednocześnie są doskonałe w holu. Ale to dalekie rzucanie zależy też od tego czy ktoś potrafi to robić.

„KM” - Czasami zastanawiam się dlaczego niektóre bagaże czy śpiwory są tak wielkie i ciężkie, kiedy wiadomo, że np. śpiwory górskie są bardzo małych rozmiarów i niezwykle ciepłe.

page_gallery_495e272478e98_maks
R.C. - No tak, tu poruszyłeś sprawę bardzo istotną. Czy jednak wyobrażasz sobie, że to o czym powiedziałeś, zależy tylko od projektantów? Kiedy kilka lat temu jedna z angielskich firm wprowadziła do sprzedaży leciutkie torby, dwukrotnie lżejsze niż te Cordury, a mające parametry jeszcze lepsze, nikt nie chciał ich zamawiać. Podobnie było ze śpiworami. Karpiarze stwierdzali, że w tak lekkim i małym śpiworze nie może być ciepło. To nic, że używa się podobnego w Himalajach, czy na Antarktydzie. Karpiowe śpiwory „muszą” być po prostu wielkie i grube. Czasami to sam rynek dyktuje podobne nonsensy, ale tak to już jest. Podobnie jest niestety z wiedzą wędkarzy na czasami podstawowe tematy. Siedzą przed namiotem, marzną, więc wchodzą do śpiwora żeby się zagrzać, a tu nic! Śpiwór nie chce „grzać”, więc śpiwór jest do bani. Takim ludziom nikt jednak nie powiedział, że śpiwory nie są do grzania, a do utrzymywania ciepła. Więc, jak chcesz żeby ci było w śpiworze ciepło, a zmarzłeś, to przebiegnij się trzy razy naokoło namiotu, zgrzej się trochę i wtedy wskakuj do śpiwora. Swoim ciepłem go nagrzejesz, a on będzie to ciepło trzymał do rana. Poza tym większość chce mieć szerokie obszerne śpiwory, a takie w żaden sposób nie dadzą się ogrzać. Podobnie jest z namiotami, im mniejszy tym wyższa w nim temperatura.

„KM” – Twoim zdaniem trzy najważniejsze rzeczy, które zmieniły wędkarstwo karpiowe.

R.C. - To bardzo trudne pytanie. Na pewno gotowe przynęty – kulki, które można użyć zawsze i o każdej porze, bez żadnego przygotowywania. Druga sprawa to media. Te wszystkie czasopisma karpiowe, które powstały wraz z rozwojem karpiarstwa. Bardzo się przyczyniły do rozpropagowania tego rodzaju wędkowania. Dzięki nim ludzie mogli się dowiadywać jak, i gdzie łowić. Czyli specjalistyczne czasopisma – tak, są bardzo ważne, niosą wiele informacji. Trzecia rzecz? To dopiero przed nami.

„KM” - W jakich firmach przedtem pracowałeś?

R.C. - Zaczynałem od pracy w sklepie wędkarskim. Przepracowałem tam 12 lat i to była dla mnie dobra szkoła. Spotykałem się z wieloma dostawcami sprzętu, na przykład bywałem w fabryce Sportexa w Niemczech, gdzie wówczas produkowano jedne z najlepszych karpiówek, więc poznałem jak to się robi. Już wówczas zacząłem projektować drobne akcesoria dla kilku mniejszych firm. To dawało mi dużo satysfakcji i już wówczas postanowiłem, że nie założę swojej firmy, a będę niejako bezimiennie pracować dla innych, co dawało mi większą niezależność. Wreszcie związałem się na kilka dobrych lat z JRC. Rozkręcałem cały ich interes, począwszy od budowy magazynów, aż po zamawianie produktów. To właśnie przez pracę w JRC byłem niejako zmuszony wyjechać do Chin, bo tam odbywa się produkcja niemal wszystkiego. Żeby jej przypilnować spędzałem tak coraz więcej czasu, i tak jest aż do dzisiaj. Praktycznie można powiedzieć, że od 5 lat mieszkam w Chinach.

„KM” - Dlaczego w takim razie zdecydowałeś się na opuszczenie JRC i pracę dla Tandem Baits?
page_gallery_495e274a06eeb_maks
R.C.
- Wszystko zaczęło się kiedy JRC kupiła firma Shakespeare, kontrolowana przez amerykańskie konsorcjum. JRC to była firma rodzinna, bardzo związana z wędkarstwem. Teraz o wszystkim decyduje jakiś pan z Nowego Jorku czy Chicago, który o wędkarstwie karpiowym ma mgliste pojęcie. Wszystko jest wielkie, odbywa się powolnie i czasami zupełnie irracjonalnie. Praca dla dużego konsorcjum jest zupełnie inna, musisz być na każde wezwanie i właściwie sam nie możesz o niczym decydować. To nie dla mnie. Kiedy spotkałem Pawła Wyszkowskiego zobaczyłem w jego działaniu ten sam entuzjazm jaki był w Anglii jakieś dwadzieścia lat temu. Dzięki takiemu właśnie podejściu wiem, że mogę dla tej firmy zrobić coś dobrego, że moja praca będzie zrealizowana, że mogę pomóc w zbudowaniu czegoś fajnego. Ponieważ Paweł już od lat produkuje przynęty na poziomie europejskim, chcę pomóc mu zbudować firmę, która również w pozostałych dziedzinach sprzętu będzie jedną z wiodących w Europie. Dlatego tu jestem.

„KM” - Czy już wiesz, co nowego będzie w przyszłorocznym katalogu TB?

R.C.
- Oj, wiele będzie zmian, dużo nowych produktów i to z wyższej półki. Na pewno nowe wędziska, które wszystkich zaskoczą. Będą wykonane z nowych materiałów, zupełnie inaczej wykończone i wglądać będą też fantastycznie. Nad tym teraz przede wszystkim pracuję. Myślę też nad wprowadzeniem nowych serii bagaży, ale to nie nastąpi od razu. Będziemy zmieniać te rzeczy sukcesywnie. Kładę główny nacisk na funkcjonalność bagaży i na ich wagę. Sam pusty bagaż nie może ważyć tyle, co jego późniejsza zawartość.

„KM” - A co z kołowrotkiem, który leży przez Tobą. Wygląda nieco jak Basia Daiwy.

R.C. - Nad tym kołowrotkiem pracuję, a właściwie współpracuję od blisko trzech lat. To podobna idea jak w modelu Basia. Bardzo wysoka szpula i lekka obudowa. Jak dobrze pójdzie też znajdzie się w przyszłorocznym katalogu TB, ale w cenie, która będzie dostępna dla każdego. W następnej kolejności będzie podobny kołowrotek, ale z wolnym biegiem szpuli. Tak więc chcę aby w 2008 r., TB sprzedawał już kołowrotki, ale takie, których nikt inny mieć nie będzie.

„KM” - Skąd czerpiesz pomysły?

R.C. - Dobre pytanie. Na pewno z wielu swoich zainteresowań, niekoniecznie wędkarskich. Mam również inne hobby i to czasami pomaga. Daje inspiracje, to tak trochę jak praca artysty. Tak, ja czasami czuję się artystą.

 


 

 

Dodaj komentarz