You're currently on:

TRZY DNI ŁOWIENIA NA JEZIORZE BLED W SŁOWENII

Planowaliśmy tę wyprawę z rocznym wyprzedzeniem. Nasz cel od początku był jasno określony - Słowenia i piękne kryształowe jezioro Bled.

Po zapoznaniu się z regulaminem łowienia na tej wodzie, dowiedziałem się, że można tam wędkować tylko przez 3 dni. Cena samego pozwolenia również nie jest zbyt niska i wynosi około 50 euro za dzień. Miasto wydaje natomiast tylko 10 przydziałów dziennie, które należy wcześniej zarezerwować i zapłacić bezpośrednio online.

Na Lake Pale obowiązują jasne zasady, których należy przestrzegać. Aby się dostosować, musiałem mocno uszczuplić swój ekwipunek wędkarski. Surowe przepisy obowiązują również na jeziorze podczas łowienia. Można tam wędkować tylko od świtu do 23:00 i mieć przy sobie jedynie niezbędne rzeczy. O możliwości zabrania ze sobą dużej ilości sprzętu do biwakowania można zapomnieć. Obowiązkowe wyposażenie na Bledzie to podbierak, mata i dezynfekcja, a dopuszczalna ilość wrzuconej do wody zanęty to 5 kg dziennie. Aby zatem czuć się lekko nad wodą, spakowaliśmy tylko jedną torbę ze sprzętem i plecak z akcesoriami. W tym przypadku świetnie sprawiła mi się torba EVA od Tandem Baits, która bez problemu pomieściła wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a jednocześnie była niezwykle wygodna w transporcie.

 

 

Przed wyjazdem musieliśmy jeszcze zrobić sobie testy na koronawirusa. Po negatywnym wyniku mogliśmy w sobotę rano wyruszyć w drogę.

Wreszcie na mecie

Droga minęła nam dość szybko. Po około 7 godzinach, zjeżdżając z głównej trasy, już mogliśmy podziwiać urokliwy widok pięknie mieniącego się, błękitnego jeziora pod wzgórzem. Chwilę później dotarliśmy do naszego mieszkania, które znajdowało się około 5 minut od jeziora. Po załatwieniu wszelkich formalności z właścicielem, rozpakowaliśmy rzeczy i jak najszybciej udaliśmy się w kierunku łowiska. Już wcześniej zaplanowaliśmy, gdzie mniej więcej chcielibyśmy usiąść. Po przybyciu nad jezioro czekała nas jednak niemiła niespodzianka. Większość najlepszych miejsc była już zajęta. Ponieważ jednak pozwolenia mieliśmy ważne dopiero od wtorku, nie przejęliśmy się tym za bardzo. Poszliśmy tylko na przechadzkę brzegiem jeziora, aby nieco się rozejrzeć.

W niedzielę i poniedziałek zaplanowaliśmy dalszy rekonesans łowiska, po czym udaliśmy się na małe zwiedzanie okolicy. Podziwialiśmy tutejszy zamek Bled i kosztowaliśmy dobrego, lokalnego jedzenia. Mieliśmy także możliwość korzystania z bezpłatnej wypożyczalni rowerów. Wsiedliśmy więc na nie, robiąc sobie małą przejażdżkę i podziwiając okoliczną przyrodę oraz przepiękny widok jeziora z kościołem stojącym po środku.

Następnego dnia wypożyczyliśmy deskę SUP, do której doczepiliśmy echosondę, dzięki której pływając po jeziorze jednocześnie badaliśmy dno. W tej wodzie jest ono stosunkowo płaskie, a głębokości wahają się tu od około 9 do 15 m na granicy 100 m od brzegu. Wędkarze mogą bowiem łowić tu na maksymalnej odległości do 100 metrów.

No to ruszamy!

Dzień wcześniej wszystkie swoje rzeczy schowaliśmy w garażu, który udostępnił nam właściciel. Było to dla nas genialne rozwiązanie, bo nie ma nic gorszego, jak wkładanie mokrych gratów do auta i wyciąganie ich z powrotem o 5.00 rano.

Budzik zadzwonił o świcie. Szybka higiena, wędki w dłoń, plecak, wózek i ruszyliśmy w drogę.

Po dotarciu okazało się, że nadal wszystkie najlepsze miejsca nad wodą są zajęte. Wybraliśmy więc miejscówkę nieco bardziej oddaloną. Szybko rozpakowaliśmy wędki i zabraliśmy się za przygotowania. Za pomocą echosondy starałem się ustalić rodzaj dna. Podobnie jak wcześniej, było ono płaskie, czyste, ale maksymalna głębokość sięgała 9 metra, co mogło być kłopotliwe ze względu na fakt, że w ostatnich dniach mocno się ochłodziło.

Nie zamierzałem się jednak poddawać i zacząłem nęcenie. Do wody wrzuciłem mieszankę kulek, Carp Food o smaku Ananasa i SuperFeed - Chilli & Robin. Na mój zestaw założyłem bałwanka z kulki tonącej w rozmiarze 18mm i Pop-Up’a 14mm o smaku Ananasa. Na drugiej wędce zawisł podobny zestaw, jednak w tym przypadku wymieniłem ananasa na kulkę w kolorze czerwonym Chilli & Robin Red. Wybrane miejsca nęciliśmy regularnie co 2-3 godziny. Nasza taktyka miała przechytrzyć miejscowe karpie, które zdecydowały się nam utrzeć nosa. Było widać spławy na wodzie, jednak na próżno czekaliśmy na strzał. Do wieczora nic się nie wydarzyło. O 23.00 spakowaliśmy się i wróciliśmy do mieszkania. Przygotowaliśmy wszystko na następny dzień i poszliśmy spać.

Drugi dzień

Budzik znów zadzwonił o 5.00. Szybkie ogarnianie i już byliśmy gotowi na kolejne starcie. Tego dnia wybraliśmy jednak inne miejsce, które wydawało nam się lepsze. Już po zbadaniu dna stwierdziliśmy, że mamy przed sobą wodę o głębokości co najmniej 15m, co rokowało dość dobrze. Przygotowaliśmy zestawy i zarzuciliśmy je na odległość 90m. Ze względu na to, że dzień wcześniej aktywność ryb była zerowa, zdecydowałem się delikatnie pokombinować z przynętą. Tym razem na haczykach zawisły tylko mniejsze Pop-Up’y w rozmiarze 14mm. Na pierwszej wędce na Ronnie Rigu wylądował Ananas, na drugiej – zanurzony w dipie Chilli&Robin Red. Taktyka była niezmienna i prosta. Starałem się przyzwyczaić karpie do regularnego karmienia. Niestety pogoda nie napawała optymizmem. Zmienna aura, która co chwilę przynosiła inne zjawisko atmosferyczne, nie przyczyniała się do poprawy sytuacji. Ale nie poddawaliśmy się do końca.

O godzinie 18.00, w największą ulewę, odjazd! Podbiegłem więc do wędki i zaraz po podniesieniu poczułem ogromny opór na drugim końcu żyłki. Musiałem być zatem bardzo ostrożny. Powoli, ale jednocześnie z dozą opanowanych emocji zacząłem przyciągać rybę do brzegu, przy wsparciu okolicznych kibiców. Po kilku minutach zauważyliśmy ogromny grzbiet toczący się po powierzchni. To nie był mały karpik! Ostrożnie skierowałem rybę do podbieraka. Przy asekuracji mojej dziewczyny, wyciągnęliśmy ją na brzeg. Byliśmy ogromnie szczęśliwi. Pierwszy karp z Bled! Kiedy spojrzałem w podbierak, widziałem ogromny pysk z brzuchem jak balon. Rybę umieściłem od razu na macie. Czułem się jak celebryta, bo tłum przechodzących turystów w moment zgromadził się wokół mnie, by robić zdjęcia. Podczas ważenia wskazówka zatrzymała się tuż poniżej magicznej granicy 20kg. Zrobiliśmy kilka fotek i wypuściliśmy rybę do wody. Było dobrze, ale czekaliśmy na więcej.

Około 21:00 zanotowaliśmy drugie branie. Delikatnie uniosłem wędkę, ale niestety w kosmos. Tak zakończyliśmy ten dzień.

Dzień trzeci

Byliśmy bardzo zmęczeni. Mieliśmy wrażenie, że ledwo zamknęliśmy oczy, a już była godz. 5.00 następnego poranka. Znów szybki zryw i wypad nad jeziorko z wiarą, że wybrane przez nas dzień wcześniej miejsce, tym razem przyniesie więcej ryb. Taktyka niezmieniona, na zestawach wylądowały małe Pop-Upy na przyponie Ronnie. Na nasze nieszczęście zauważyliśmy przesunięte o jakieś 60 metrów spławy ryb. Mimo trudności, staraliśmy się walczyć do końca, nadal próbując karmić ryby regularnie i przyzwyczajać je do wałówki. Niestety bez skutku. Do 23.00 nie zobaczyliśmy już żadnego brania. Nadszedł koniec naszej wyprawy i po trzech ciężkich dniach wróciliśmy do domu.

Nad jezioro Bled wybrałem się po to, aby spędzić miło wakacje z moją dziewczyną i zrobić przynajmniej jedno ujęcie ryby. Założenia zostały spełnione. W dodatku waga złowionego karpia sięgała już prawie 20kg! Wychodzę z tej wyprawy zatem z nowymi doświadczeniami i poczuciem dobrze wykonanej pracy. Nie wszystko zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Zmienne warunki w tym przypadku nie odpowiadały karpiom, a ich aktywność była zerowa, co odbiło się na moim wyniku. Wierzę jednak, że uda mi się wrócić na jezioro Bled i zaliczyć dużo więcej strzałów niż ostatnio. Trzymajcie kciuki.

Tamdem Baits CZ
Jakub Klubal