You're currently on:

Rainbow na telefon

Wyprawę na jezioro Rainbow planowałem już od dawna. Magia tej wody, jej dzikość, a przede wszystkim wspaniałe ryby, które tam mieszkają, powodują, że niemal każdy karpiarz chciałby spróbować tam swoich sił. Jednak ze względu na ograniczoną liczbę miejsc, jak i wielką popularność tej wody, zarezerwowanie jakiegokolwiek stanowiska graniczy niemal z cudem. Wszystkie najlepsze stanowiska są pozajmowane na dwa lata do przodu, a nasza najbliższa rezerwacja wypadała dopiero na wiosnę 2008 r. Jednak niespodziewany telefon na początku lutego, z informacją o wolnym stanowisku, szybko zmobilizował mnie do działania, tym bardziej, że czasu do wyjazdu zostało niewiele, raptem dwa tygodnie. Powtarza się sytuacja z 2002 r., kiedy o wyjeździe nad Radutę dowiedziałem się niespełna tydzień przed planowanym terminem. Co prawda pora roku nie jest sprzyjająca, a brania są sporadyczne, jednak tam trzeba po prostu być, ać sobie szansę, gdyż w każdej chwili można zaciąć rybę ponad 30 kg. Przecież w żadnej innej wodzie nie ma tylu okazałych karpi.

page_gallery_495e206750dd6_maksTak więc razem z Tomkiem Wasilewskim i Andrzejem Walczakiem wyruszyliśmy na podbój francuskiego jeziora. Droga na miejsce minęła nam bardzo szybko (1800 km od granicy w Jędrzychowicach, niecałe 17 godzin podróży). Cały czas jedzie się autostradami, choć za tą przyjemność we Francji trzeba zapłacić około 250 euro w obie strony. Alternatywą są bezpłatne drogi biegnące w pobliżu autostrad, ale wtedy podróż na miejsce zajmie nam co najmniej kilka godzin dłużej. Po przybyciu na miejsce musieliśmy tylko wylosować między sobą stanowiska, zabrać się do rozbicia obozowiska i sondowania wody. Tomkowi przypadło stanowisko nr 7, Andrzejowi nr 8, a mnie nr 9. Ponieważ na miejsce dotarliśmy w sobotę po południu, a rozbicie stanowiska zajęło mi trochę czasu, sondowanie i wybór miejsc do łowienia zostawiłem sobie na następny dzień. Zmierzyłem tylko temperaturę wody, która nie była zbyt ciepła (nieco ponad 7 stopni). Liczyłem na znacznie więcej, tym bardziej, że po drodze wokoło widać było oznaki nadchodzącej wiosny.

page_gallery_495e222e2ba70_maksPołowa niedzieli minęła na szukaniu odpowiednich miejsc do łowienia i przygotowaniu zestawów do wywiezienia. Moje stanowisko zajmowało około 2-3 hektarów lustra wody i było bardzo urozmaicone, z głębokościami zaczynającymi się dosłownie od kilkudziesięciu centymetrów, do ponad 6 metrów. Lewa strona była dość płytka, do 2,5 metra, z licznymi podwodnymi górkami i wypłyceniami. Na środku był równy blat o głębokości 4 metrów, a prawa strona była ograniczona długą wyspą, w pobliżu której znajdowały się głębsze rynny. Zdecydowałem się wybrać dwa stanowiska z prawej strony. Jedno tuż przy wyspie, nieopodal powalonego drzewa u podnóża ostro opadającego brzegu na głębokości 3,5 m. Drugie w pobliskiej rynnie o głębokości 6 metrów (to było najgłębsze miejsce w obrębie mojego stanowiska). Kolejne miejsce znajdowało się mniej więcej na środku, na czterometrowym blacie, a ostatnie przy samym brzegu po lewej stronie, obok kolejnego powalonego drzewa, na głębokości 2,8 metra, w sąsiedztwie okolicznych płycizn. Dno było w tych miejscach dość twarde. Zbite kawałki torfu, podczas ostukiwania dużym ciężarkiem sprawiały wrażenie, że jest to żwir. Jedynie łowisko na 6 metrach miało wyraźnie muliste dno.

page_gallery_495e2252ba9c1_maksPonieważ dno usiane było różnymi zaczepami, głównie zatopionymi drzewami, moje zestawy były dość solidne. Łowiłem na 3,5 funtową wędkę Phoenix, kołowrotek Daiwa Emblem XT6000 z nawiniętą 40 funtową plecionką TB Super Gravo. Do tego 20 metrowy odcinek strzałowy z Mono Snag 0,55mm i 3 metrowy odcinek Dual Lead Core 35 lb. Ciężarki 170-200 gram mocowane na bezpiecznym klipsie,15 cm przypon z plecionki Muscle Braid 30 lb i haczyk Super Heavy nr 4. Ponieważ woda była jeszcze bardzo zimna zdecydowałem się na bardzo skromne nęcenie punktowe pod zestaw. Ciężarki oblepiałem pastą pelletową wykonaną z zalanego wrzątkiem pelletu z dodatkiem Liquid Food Liver. Do tego dochodziły jeszcze dosłownie 3 pokruszone kulki na zestaw, i to była cała moja zanęta. Jako przynęty używałem wyłącznie kulek własnego wyrobu TB Top Edition Mix Natural Food w połączeniu z połówką kulki pływającej o średnicy 16 mm (grzybki). Przed wywiezieniem zestawy moczyłem jeszcze dosłownie 5 minut w dipach, ale tak żeby nie przesadzić z aromatyzowaniem, gdyż w zimnej wodzie zbyt intensywny zapach mógłby odstraszać ryby. Zestawy wylądowały w wodzie, a nam pozostało tylko czekać na branie. Pogoda była zmienna, co chwile padał deszcz, a temperatura powietrza oscylowała w dzień w okolicach 10 stopnia, zaś w nocy spadała momentami poniżej zera.

page_gallery_495e228b2f874_maksNoc z niedzieli na poniedziałek nie przyniosła żadnych rezultatów. Dzień rozpoczął się silnymi podmuchami wiatru znad Atlantyku (30 km od jeziora) i oczywiście obfitymi opadami deszczu. Koło południa, w przerwie między opadami, odezwał się sygnalizator z prawej wędki wywiezionej pod wyspę (3,5 m). Swinger przykleił się do wędki i stanął. Szybko przyciąłem i nawiązałem kontakt z rybą, która odbiła w lewą stronę w kierunku głębszej wody. Niestety po chwili karp złapał zaczep gdzieś po środku czterometrowego blatu i zanim zdążyłem do niego dopłynąć spiął się z haczyka. Po godzinie u Andrzeja nastąpił piękny odjazd i po długim, pasjonującym holu na brzegu wylądował śliczny pełnołuski karp o masie 15,5 kg. Krótka sesja zdjęciowa i ryba w doskonałej kondycji wróciła do wody. Na kolejne branie czekaliśmy tylko niecałą godzinę. Tym razem odezwała się moja wędka z zestawem wywiezionym na 6 metrów. Hol przebiegł bez problemów i ryba bardzo szybko dała się podebrać. Kolejny pełnołuski karp wylądował na macie, a waga pokazała 14 kg. Początek wyprawy zapowiadał się obiecująco - 3 brania w drugim dniu pobytu dawały nadzieję na większą ilość ryb. Z kolei wtorek minął bez jakichkolwiek oznak żerowania ryb, za to pogoda zrobiła się trochę lepsza, przestało padać a i temperatura wyraźnie podskoczyła do góry.

page_gallery_495e22b1e1d0e_maksWiatr cały dzień zmieniał kierunek, jakby nie mógł się zdecydować, z której strony ma wiać. Kolejna noc także nie przyniosła żadnych rezultatów w postaci złowionych ryb, za to rano przyjechał Pascal, właściciel łowiska, z informacją, że znad Atlantyku nadciąga bardzo silna wichura, mogąca zdemolować nasze obozowisko. Niezwłocznie zabezpieczyliśmy wszystkie nasze obozowe graty i czekaliśmy z nadzieją, że silny wiatr pobudzi karpie do większej aktywności, gdyż na temperaturę nie mogliśmy zbytnio liczyć. Wiatrzysko wyszalało się w kilka godzin i zaraz po tym jak osłabło nastąpił gwałtowny odjazd na mojej lewej wędce wywiezionej pod sam brzeg obok powalonego drzewa. Ryba po zacięciu stawiała dość znaczny opór, raz za razem wybierając plecionkę z kołowrotka. Na szczęście udało mi się odciągnąć ją od drzewa, jednak po chwili karp zahaczył strzałówką o wystający z pobliskiej płycizny pieniek brzozy. Szybko wskoczyliśmy z Tomkiem do pontonu, aby odczepić rybę z zaczepu. Woda koło zawady była tak płytka, że karp wyłożył się na boku i majestatycznie wachlował swoim wielkim ogonem. Płynąc do niego cały czas widziałem go jak leżał na płyciźnie i tylko modliłem się żeby mi się nie spiął. Piękny gruby lustrzeń leżał sobie na boku, co chwile próbując uwolnić się z haczyka. Na szczęście bez problemów udało się odczepić żyłkę z zaczepu i już po chwili karp był w podbieraku. Bardzo się cieszyłem ze złowionej ryby.

page_gallery_495e22e2d04f7_maksKarp ważył 23kg i był największą złowioną przeze mnie do tej pory rybą we francuskich wodach. Kolejny raz okazało się jaką wielką rolę przy połowach karpi odgrywa wiatr, który mimo zimnej wody potrafi ruszyć ryby i pobudzić je do żerowania. Czwartek i piątek minął nam bardzo spokojnie bez żadnych brań, mimo że znacznie się ociepliło, a temperatura wody wzrosła do 8,5 stopnia. Dopiero w ostatnią noc koło godziny 3.00 ponownie z lewej strony nastąpiło branie. Ryba po zacięciu z dużą siłą odbiła w prawo i znów po kilku minutach holu zaparkowała na płyciźnie zaczepiając żyłkę o ten sam pieniek brzózki. Momentalnie wskoczyłem w przygotowany na taką okoliczność ponton i po przepłynięciu 30-40 metrów, skracając kąt, ryba sama odczepiła się z zaczepu. Dopiero teraz zaczął się prawdziwy hol. Karp dał mi tak popalić, że przez 15minut nawet go nie zobaczyłem. Do tego wiatr spychał mnie w kierunku cypla, na którym łowili Anglicy, a gdzie było największe skupisko najgorszych zaczepów. Jedną ręką trzymałem wędkę holując rybę, a drugą wiosłowałem próbując odpłynąć jak najdalej od niebezpiecznych miejsc. Cała zabawa trwała już dobre 20 minut, zanim udało mi się zobaczyć rybę, a kolejne 5 zanim ją podebrałem. Myślałem, że zaciąłem prawdziwego olbrzyma, a tu trafił mi się waleczny 16 kg samczur w doskonałej kondycji, który tak wspaniale walczył i dostarczył mi niezapomnianych wrażeń. Całą noc nie mogłem już zasnąć zarówno z emocji jak i przez wszędobylskie piżmaki, które tak harcowały koło namiotu, że nie sposób było zmrużyć oko. W sobotę rano kończył się nasz pobyt nad Rainbow. Zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, snując plany i strategie na następny rok. Chyba, że znów zadzwoni niespodziewanie telefon i trzeba będzie momentalnie przygotować się do wyjazdu, rzucając wszystkie domowe i zawodowe obowiązki. Mam taką nadzieję.

Tomasz Nuckowski

 

Dodaj komentarz