You're currently on:

Rainbow karpiowa mekka

IMG_3105Ledwo zdążyłem ochłonąć po październikowym wyjeździe, a już wielkimi krokami zbliża się termin mojego wyjazdu na Rainbow. Kompletny brak czasu skutecznie utrudnia moje przygotowania. Dosłownie rzutem na taśmę, dopinam wszystkie ważne tematy i w czwartek wieczorem wyjeżdżamy. Pomimo odległości dwóch tysięcy kilometrów, droga mija spokojnie i w miarę szybko. Nareszcie jesteśmy. Po kilku nieudanych wyjazdach, bardzo się cieszę, że znowu mogę tu być. Zamieniamy kilka zdań z właścicielem łowiska i idziemy spać.

Nazajutrz czeka nas wiele pracy, od której zależeć będzie z jakimi minami będziemy wracać do domu. Dokładne wysondowanie łowiska zajmuję nam około pięć godzin, nie mam jednak wątpliwości, że nie jest to czas stracony. Decydujemy się łowić punktowo każdym zestawem w innym miejscu. Dopiero parę minut przed zachodem słońca wywozimy zestawy. Płynąc z ostatnim, zauważyłem żerowanie dwóch ryb kilkanaście metrów od miejsca, w którym zamierzałem łowić. Wychodzące z dna bąble są naprawdę imponujące. Na kompletnym bezdechu, najciszej jak to możliwe, płynę w ich kierunku. Kładę zestaw zanęcam garścią kulek i dwoma garściami konopi i odpływam. Kilkanaście minut przed północą budzi mnie dźwięk sygnalizatora. Dwa piknięcia i lekkie przygięcie wędki. Przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje. W momencie, kiedy zwątpiłem, że to branie swinger opada. Nie zastanawiając się podnoszę wędkę do góry i nawiązuję kontakt z rybą. W łowisku leży w wodzie kilka sosen, więc łowię na sztywno. Łapię mocno za szpulę i cofam się z mocno wygiętą wędką parę kroków do tyłu. Ryba jest bardzo ciężka, ale udaje mi się skracać dzielącą nas odległość. Po paru minutach mam ją pod brzegiem. Mistrzowskie podebranie Andrzeja i jest. Waga pokazuje równo 25 kg. W końcu skończyła się moja zła passa na tej wodzie!!! Robimy kilka fotek i idziemy spać. Rano budzi nas najpiękniejszy dźwięk budzika na świecie. Tym razem branie u Andrzeja, niestety rozpędzony karp wpływa z zaczepy. Natychmiast wsiadamy do pontonu i płyniemy w kierunku ryby. Na szczęście ta historia również kończy się happy endem. SONY DSCPełnołuski 26,2 kg ląduje w podbieraku. Doskonały początek!!! Trafiliśmy z miejscami, taktyką a także przynętami. Na tym zbiorniku to naprawdę powód do radości:) Mija kolejna doba, a moje sygnalizatory niestety milczą. Andrzej łowi 12-stkę, 15-stkę i prawie metrowego amura. Kolejne delikatne branie, niestety znowu nie na mojej wędce. Ryba walczy naprawdę o każdy metr plecionki. Mimo, że to nie ja holuję emocje udzielają się również mi. Czuję, że jest wielki. Karp pływa wzdłuż pierwszego spadu i nie ma mowy, żeby podciągnąć go nawet o metr. Łowię z Andrzejem naprawdę długo, natomiast tak skoncentrowanego jeszcze go nie widziałem. Po około kwadransie przeciągania udaje się oderwać rybę od dna. Bez namysłu wchodzę do wody i udaje mi się wpakować wielkiego Commona do podbieraka. Obaj się trzęsiemy. Czas na chwilę prawdy… Ważymy rybę i …wskazówka wytarowanej wagi przekracza magiczne 30 kg! Eksplozja radości, cieszymy się jak dzieci, chociaż ja na pewno trochę mniej. Zaczynam się zastanawiać, czemu nie mam brań. O co znowu chodzi, co zepsułem, dlaczego od trzech dób nie miałem brania. Mimo czarnych myśli kontuję wcześniej założoną taktykę. W środę około dziesiątej mam w końcu delikatne branie. Trzy piknięcia sygnalizatora i lekkie opuszczenie swingera. Natychmiast zacinam i cofam się kilka kroków, żeby odciągnąć rybę od zaczepów. Mam wrażenie jakbym ciągnął worek ziemniaków po dnie. W pewnym momencie czuję dwa potężne kopnięcia i ryba zaczyna odpływać w prawo. Mam wrażenie jakbym zaczepił odjeżdżający pociąg, który dosłownie w parę sekund odjeżdża kilkadziesiąt metrów. Na szczęście płynie głęboką otwartą wodą. W pewnym momencie jakby słabnie. Zaczynam kontrolować rybę. Dwunastostopowy Invader o krzywej ugięcia 2,75 lb naprawdę daje radę. Niesamowite, jaki zapas mocy ma ta witka. Parę minut później mam rybę pod brzegiem. Zdecydowanie słabnie i nie sprawia już żadnych problemów. Przez moment nawet wydaje mi się, że to kilkunasto kilowy karp. Wypływa na powierzchnię i ledwo mieści się w podbieraku. W tym momencie wielkie podziękowania dla Andrzeja Walczaka, który bezbłędnie wpakował smoka do podbieraka. Odkładam wędkę i składam ramiona podbieraka. Jest naprawdę wielka, bo na 100% jest to samica. Ryba zajmuje prawie całą wolną powierzchnię w wielkiej macie. Czyżby nowy Rekord Życiowy?! Jeszcze parę sekund emocji i wszystko jest jasne. Moja druga trzydziestka, a dokładnie 35,2 kg. Nieprawdopodobne!!! Mamy drugą 30-tkę z wyjazdu i drugi Personal Best!!! Sesja zdjęciowa i odprowadzam rybę do wody, jakoś mi nie przeszkadza, że ma tylko 13 st. Do końca tego nieprawdopodobnego wyjazdu złowiłem jeszcze dwa lustrzenie 22,5 kg i 27 kg. Wszystkie złowione przeze mnie ryby wzięły na bałwanki z kulek TB Impact o średnicy 16 mm o zapachu Homar&Rak. Łowiłem wędkami Invader 12’ 3lb i 12’ 2,75 lb. Używałem SONY DSCplecionki głównej Dynacord o wytrzymałości 40 lb, 23 m przyponu strzałowego Zero Memory 40 lb i przyponów z plecionki Hybraid 50 lb. Zdecydowałem się łowić takim sprzętem, ponieważ Rainbow nie wybacza półśrodków. Miałem okazję się o tym przekonać, w czasie moich wcześniejszych wyjazdów. Na nasz sukces poza wielką zespołową pracą złożyło się jeszcze kilka istotnych szczegółów, ale o tym następnym razem. Na koniec: Wielkie dzięki wszystkim Tym, którzy trzymali za nas kciuki.

Tomasz Wasilewski
Dodaj komentarz