Kilka dni temu zaliczyłam swoją pierwszą w tym roku udaną jesienną zasiadkę.

Nad wodą spędziłam kilka dobrych godzin w całkiem klimatycznej miejscówce. Było to odosobnione stanowisko w samym kącie zbiornika, gdzie z obu stron brzeg porośnięty jest drzewami, które zwisają nad wodą.

Po szybkim rekonesansie miejscówki i obserwacji wody postanowiłam, że jeden zestaw postawię w pobliżu zwalonego drzewa, a drugi zaledwie 20 metrów od brzegu. Powód był prosty - widoczne żerowanie karpi. W takim miejscu nie wyobrażałam sobie innego sposobu nęcenia niż ciche i subtelne ładunki rzucane procą. Wrzuciłam tak kilka garści kulek o smaku Ryba&Skorupiak i Scopex.

Na pierwszy zestaw w pobliże drzewa postanowiłam założyć dwa orzeszki tygrysie, a na drugi pojedynczą kulkę Japońska Kałamarnica. Przez bite cztery godziny nie było żadnego kontaktu z rybą, chociaż bąbelki na powierzchni wody nie ustawały. Było widać, że karpie tam są, ale z jakiejś przyczyny nie chciały zbliżyć się do przynęty. Aż nagle w końcu usłyszałam upragniony dźwięk.

Ryba pokazała piękny odjazd. Walka była zacięta, ponieważ liczne zaczepy na dnie nie pozwalały nawet na najkrótszą chwilę rozkojarzenia. Wiedziałam, że to nie olbrzym, ale i tak byłam bardzo zadowolona. W takiej scenerii każdy karp jest wyjątkowy. Okaz ten skusił się na zestaw, który był położony zaledwie 20 metrów od brzegu na kulkę o smaku Japońska Kałamarnica.

Niestety to była pierwsza i ostatnia zdobycz tego dnia. Cieszyłam się jednak z kontaktu z rybą i z faktu, że dzień spędzony nad wodą nie poszedł na marne. Karp ten otworzył mój jesienny sezon, który mam nadzieję, teraz nabierze tempa. Przede mną kolejne wyprawy i kolejne wyzwania. Trzymajcie zatem kciuki.

Pozdrawiam
MartynaWyrobek