You're currently on:

KARPIOWE MANEWRY

W życiu każdego wędkarza są takie zasiadki, które pamięta do końca życia, a emocje z nimi związane są żywe mimo upływu lat. Ostatnia wyprawa karpiowa, na którą wybrałem się z moim siostrzeńcem Dominikiem, zapewne będzie należała do jednej z nich. Tego, co nam się na niej przytrafiło, z pewnością nie zapomnimy bardzo długo…

Zacznijmy od tego, że wyjazd ten planowaliśmy już dawno i w końcu udało się go doprowadzić do skutku. Naszym celem były Gosławice – osławiona woda, na której nie chcieliśmy dać plamy. Spędziliśmy tam dokładnie tydzień na samym początku lipca. Pojechaliśmy we dwójkę. Do tej karpiowej wyprawy szykowaliśmy się bardzo skrupulatnie, dbając o każdy element. Niestety nie na wszystko mieliśmy wpływ.

Po pierwsze pogoda. Tegoroczne lato jest dość chimeryczne i nieprzewidywalne. Nie martwiła nas tak bardzo sama aura, a bardziej skoki temperatur, ciśnienia, które zaburzają rytm żerowania ryb. Drugim aspektem było tarło karpi. Sami nie byliśmy pewni czy już się ono zakończyło czy jeszcze trwa. Mimo to, chcieliśmy spróbować swoich sił i z wiarą jechaliśmy na wybrane przez nas łowisko. Kiedy dotarliśmy, nasze jeszcze tlące się nadzieje dogasił właściciel, który poinformował nas, że z braniami w ostatnim czasie jest kiepściutko, więc nie powinniśmy nastawiać się na wiele.

Z lekko posępną miną ulokowaliśmy się na wybranym stanowisku. Podczas nęcenia zwróciłem uwagę na wiatr. W sumie ciężko było o nim zapomnieć. Na gosławickiej wodzie wiało całkiem mocno i to dokładnie w naszą stronę. - To jest dobry znak – pomyślałem – Fale niesione wiatrem skierują na nas nie tylko zanętę, ale i ryby. W tym optymistycznym duchu zakończyliśmy przygotowanie do łowienia, rozbiliśmy obozowisko i czekaliśmy na dalszy przebieg wydarzeń.

Wracając do nęcenia, postawiliśmy na sprawdzony towar z lekką nutą nowości. I tak nasze stanowiska zasypaliśmy ziarnem połączonym z niezawodnym Carp Food Soft Oil Pelletem oraz nowością od Tandem Baits Carp Food Liquid Maiz. Wykorzystaliśmy również kulki do nęcenia o smaku Dojrzałej Morwy i Robin Fruit. Te połączenia miały nam przynieść upragniony sukces.

Posmaki sukcesu pojawiły się jeszcze tego samego dnia, kiedy zaczęły lądować na naszej macie pierwsze ryby. Nie były to olbrzymy, ale dawało nam nadzieję na to, że podana przez nas stołówka trafiła w gusta gosławickim domownikom. Późnym wieczorem w pewnym momencie, mimo wielu tematów do obgadania, między naszą dwójką nastała kompletna cisza. Oboje patrzyliśmy się tępo w wodę, kiedy z letargu obudził nas długi dźwięk sygnalizatora. Adrenalina podskoczyła nam do granic i w sekundzie siedzieliśmy w łódce, płynąc po pierwszą naprawdę konkretną, jak mniemaliśmy, zdobycz. Hol tego osobnika nie trwał długo, ale emocje i uczucie triumfu już tak. Na naszej macie zagościł pierwszy karp 20kg+!! Wiedzieliśmy już czego mamy szukać, wiedzieliśmy, że propozycja naszej wyżerki dla ryb jest trafiona. Czuliśmy, że to będzie wyjazd, który zapamiętamy na zawsze.

Brania ryb zaczynały się rozkręcać już na dobre. Nie rezygnowaliśmy z obranej taktyki, wiedzieliśmy, że jest ona dobra i nie chcieliśmy kombinować. Każdy hol był dla nas bardzo emocjonujący. Jednak przez ogromną ilość zaczepów, które kryły gosławickie wody, po każdą rybę musieliśmy wypływać. Na naszej macie lądowały głównie karpie, ale także jesiotry, amury, a nawet sumy. Coraz więcej pojawiało się także większych ryb.

Trzecia doba łowienia miała być za chwilę za nami. Był poranek. Pogoda dosyć fajna, stabilna. Buzie mieliśmy coraz bardziej rozweselone, ponieważ ryby zaczynały śmielej dopisywać. W którymś momencie po raz kolejny usłyszeliśmy dźwięk sygnalizatora. Dla moich uszu był on nieco inny niż ten, do których zdążyłem się już przyzwyczaić, jakby bardziej pewny, silniejszy. Podbiegłem do wędki, lekko zawahała mi się ręka, ale szybko i zwinnie zaciąłem. Poczułem mocny opór. Znów szybko wskoczyliśmy do łódki. Już wtedy wiedziałem, że to nie będzie żaden niewinniaczek, a duże rybsko. Chwila walki i karpiszon już był nasz. Po zważeniu okazało się, że kolejna sztuka 20+ wpłynęła na nasze konto. A więc w kiepskich warunkach, w trzeciej dobie mieliśmy już dwie dwudziestki i kilkanaście ciekawych rybek na koncie. – Nieźle – pomyślałem nieskromnie w tamtej chwili.

Kolejne dni to była już rzeź. Nasza taktyka pozostawała niezmienna. Te same produkty, te same wędki, te same zestawy. Mieliśmy wrażenie, że są one zaczarowane, baliśmy się ich zmieniać, aby przypadkiem nie stracić naszego polotu. Ryby brały jak szalone. Piski sygnalizatorów były już dla nas czymś normalnym, codziennością. Nasze kołowrotki nie stygły, cały czas pracując. Niejednokrotnie zdarzały nam się nawet jednoczesne brania na dwóch zestawach. To było coś niesamowitego, coś co jednocześnie nakręcało nas do dalszych działań, ale dawało także poczucie wędkarskiego spełnienia.

Nadal po każdą rybę musieliśmy wypływać, jednak hole ryb były krótkie. Najdłuższy epizod mieliśmy z mocno upartym amurem, który nieco mnie wymęczył. Kiedy udało mi się go doholować do łódki i wydawało się, że za chwilę będzie nasz, ten przestraszył się zanurzającego podbieraka. Zrobił szybki zwrot, uciekając pod łódkę. Moja wędka wygięła się do niebezpiecznej granicy. W sumie jeszcze nie widziałem, aby kij wygiął się aż tak mocno. Nie byłem pewien czy on to wytrzyma. Czy ja w ogóle wytrzymam! Opanowałem się jednak i podprowadziłem azjatę jeszcze raz do podebrania. Tym razem się udało. Amur 18,9kg wylądował na macie. Ja z podziwem spojrzałem na mój kij Phantom Green - Zrobiliśmy kawał dobrej roboty – pomyślałem.

Czas uciekał nam jakby przez palce. Chwile spędzone w towarzystwie tak dużej ilości ryb mijały dużo szybciej niż normalnie. Sygnalizatory co jakiś czas dawały o sobie znać. W zasadzie nie rozmawialiśmy już z Dominikiem o niczym innym, tylko o rybach i o tym co się w danej chwili dzieje. Podwójne hole nie były niczym nadzwyczajnym, podobnie jak ryby powyżej 10+. Co ciekawe, najwięcej brań notowaliśmy do południa. Po południu mieliśmy trochę więcej chwil na odpoczynek, po czym w nocy ataki ryb znów stawały się wzmożone. Emocje stale sięgały zenitu. W którymś momencie nawet ucieszyłem się z dłuższej przerwy między holami. Gdzieś między kolejnymi braniami, nasz sygnalizator znów wydał ten inny, bardziej pewniejszy dźwięk. Lekki uśmiech na twarzy i już wiedzieliśmy co się szykuje. Szybkie zacięcie, skok do łódki, płyniemy po dwudziechę!!! Nie myliliśmy się. Chwila walki i gruby karp był nasz. Kolejna sztuka 20+ na koncie. Cudownie!

Niestety sobota nadeszła bardzo szybko. Był to nasz ostatni dzień, jednak z łowiska schodziliśmy z podniesioną głową i zadziornym uśmiechem na twarzy. Mieliśmy ponad 50 powodów do dumy, radości i wszystkich innych pozytywnych emocji. Nasz wynik to 500kg ryb! Pół tony wyciągniętych na matę okazów, które wyróżniały się rozmiarem. Oczywiście wszystkie ryby zostały wypuszczone, aby cieszyć innych.

Ważnym aspektem było to, że łowiliśmy różnorodnie, wyciągając ciekawe okazy różnych gatunków ryb. Inną ważną rzeczą było to, że Dominik na tej wyprawie dwa razy pobił swoje PB. Zarówno ja, jak i on byliśmy bardzo zadowoleni. Wspomnienia tych chwil nadal są bardzo żywe i wzbudzają w nas wiele emocji. Cieszymy się, że nasza taktyka okazała się strzałem w dziesiątkę, że mogliśmy liczyć na dobry i wytrzymały sprzęt i w końcu, że razem mogliśmy przeżyć tak wspaniałą wędkarską przygodę. Było to coś wyjątkowego, coś co zostanie z nami na zawsze.

Robert Skretkowicz KKTB