You're currently on:

JESIENNY WYPAD PO CZESKIE KABANY

Wrzesień to czas, kiedy karpie dostają pierwsze bodźce zbliżającej się chłodniejszej pogody. Stąd ich apetyt zaczyna diabelsko rosnąć. Każdy z Was, kto już trochę „bawi się w te klocki”, ma tego świadomość. My także to wiemy, dlatego rozochoceni, ruszyliśmy na podbój czeskich karpi.

Mieliśmy wraz z Pawłem rezerwację nowej, czeskiej, mało znanej wody już w tamtym roku, ale wyjazd do Chorwacji okazał się atrakcyjniejszy. Rezerwacja została przełożona na ten rok i nie ukrywam, że od początku miałem mieszane nastawienie do tej zasiadki. 500 km dojazdu, w jakimś stopniu bariera językowa i najgorsze, co okazało się po czasie, to przeprawa na stanowisko pontonem, ponieważ część stanowisk była bez drogi dojazdowej.

Nie ukrywam, że wyjazdy nad wodę w dużej mierze planuję po to, żeby odpocząć od pracy fizycznej. W tej sytuacji wiedziałem, że czeka nas mnóstwo pracy. No nic, rezerwacja zapłacona, więc trzeba było jechać. Mimo wszystko, jak zawsze zacząłem zbierać info o nowej wodzie. Bardzo pomocne rady i wskazówki przekazał mi kolega Daniel Kruszyna i tak naprawdę dzięki jego informacjom, mogłem się przygotować jak najlepiej do tej zasiadki.

Droga przebiegła sprawnie. 500 km przyjemnej jazdy mimo, że spałem tylko 4 godziny. Nie wiem, czy macie podobnie, ale ja lubię takie podróże wędkarskie. Jadąc do celu, mam tysiąc myśli odnośnie łowiska, taktyki, pogody, praktycznie pełną analizę tego, co się może wydarzyć. Jednak wędkarstwo jest tak nieprzewidywalne, że tak naprawdę nie wiesz do końca, co cię czeka nad wodą. Początek jednak nie zaskoczył. Ostry zjazd do centralnego mola autem trochę niepokoił. Wyjeżdżając na „pusto” w kierunku parkingu łowiska, auto zaczęło buksować na suchym, szorstkim asfalcie. Pomyślałem wtedy o pakowaniu i wyjechaniu pod taką stromą górkę w pełni zapakowanym... No nic, nad tym będę zastanawiać się później.

Teraz przyszła kolej na pakowanie łódek i przeprawę. Tak jak myślałem, zajęło nam to ponad 2 godziny i pochłonęło trochę energii. Mimo to, udało nam się przed wieczorem dobrze posondować naszą sztelę, postawić marker, zanęcić oraz położyć zestawy. Nie spieszyliśmy się. Sondowanie i dokładne wytypowanie miejscówek to jedna z ważniejszych rzeczy w pierwszym dniu zasiadki. Wielu kolegów, łącznie ze mną, robiło ten sam błąd spowodowany najczęściej zmęczeniem. Po długiej podróży sondowanie odbywało się „po łebkach”, by następnego dnia zmieniać miejscówki i nęcić inne miejsca. Od dłuższego czasu sondowanie to dla mnie najważniejsza rzecz pierwszego dnia i póki nie jestem w stu procentach pewny miejscówek, w których chce łowić, to nie spływam z wody. Z racji, że woda na której łowiliśmy była bardzo głęboka (czyt. 22m), łowiliśmy 40 metrów od brzegu na spadzie i delikatnym uskoku na 13 metrach. Spad w tym miejscu był bardziej delikatny, ale mimo to trzeba było ostrożnie kłaść zestawy. Ustaliliśmy, że stawiamy tylko jeden marker oznaczający pas, w którym będziemy nęcić. Jeśli chodzi o towar, który wrzuciliśmy do wody, to powiem krótko - po raz pierwszy tak obficie nęciłem łowisko. Już tłumaczę dlaczego. Wrzesień to czas, gdzie ryby nabierają masy przed nadchodzącą zimową porą. Wiedzieliśmy, że ryba żeruje, więc postanowiliśmy zasypać wodę dużą ilością kukurydzy i pelletu oraz w mniejszej ilości kulkami. Mimo to, po jednym zestawie umieściliśmy z dala od nęconych miejsc. Nocka przyniosła jedno branie w postaci 18.5 kilowego karpia złowionego przez Pawła, co dawało lekki optymizm. U mnie póki co, sygnały nie dzwoniły. Takie sytuacje już się w tym sezonie zdarzały, ale to, co miało nadejść, kompletnie mnie zaskoczyło.

Pierwsze branie nastąpiło koło godziny 13.00. Opalam się, a tu opad sygnalizatora. Zaciąłem i zacząłem holować coś, co kompletnie nie walczyło, nie sprawiało problemów. Paweł zapytał podczas holu, czy mi pomóc, na co odpowiedziałem: „że na leszcza nie trzeba”. To spotkało się z delikatną odpowiedzią właściciela TB, że „leszcze łowią leszcze”. Cały Paweł. Gdy jednak zobaczyłem, że to karp i go podebrałem, opadła mi szczęka, ale nie tak mocno jak jemu. 20.5 kg pięknego, zdrowego karpia. Pierwsza ryba zasiadki i od razu piękny kaban. Wyprawa rozpoczęła się fantastycznie. Do wieczora udało nam się złapać kilka karpi w przedziale 12-15kg. Nocka minęła spokojnie. Dzień mijał leniwie. Spokój, cisza plus piękna pogoda pozwalała w pełni się zrelaksować.

Po południu odnotowałem kolejne branie. Ostry wyjazd, po którym musiałem udać się na ponton i powalczyć z karpiem. Walka trwała dość długo, a tym walczakiem okazał się 16 kilowy golec. Ryba trafiła do worka w oczekiwaniu na Pawła, który pojechał do sklepu. Nie minęło 15 minut i kolejne branie. Tym razem delikatne, na środkowej wędce. Po spokojnym holu i myśli, że to na pewno coś mniejszego niż wcześniejszy karp, znów ogromne zaskoczenie!!! Piękny, pełnołuski, brzuchaty karp ważący 20.8 kg. Coś niesamowitego. On również trafił do worka, a ja wywiozłem zestawy i czekałem w pełnym relaksie na powrót mojego kolegi i zobaczenie jego miny po tym, co ujrzy w workach karpiowych. Po zaskoczeniu i gratulacjach od Pawła oraz sesji zdjęciowej, karpie wróciły w świetnej formie do wody.

Następnie zrobiliśmy kawę i zaczęliśmy analizę tych paru dni nad wodą. Ustaliliśmy, że nasza decyzja o obfitym nęceniu była dobra, gdyż karpie ewidentnie były w naszej szteli. Postanowiliśmy, że do końca zasiadki nie będziemy nic zmieniać.

Codziennie rano do wody trafiała mieszanka pelletu, kukurydzy, orzechów tygrysich oraz kulek Chilii Robin Red, Sekretnej Kałamarnicy oraz Homar & Rak. Całość zalewaliśmy Atrract Boosterem o smakach Homar & Rak i Sekretnej Kałamarnicy. To było nasze największe nęcenie w ciągu dnia z pontonu. Następnie, dodatkową ilość zanęty podawaliśmy modelem zdalnie sterowanym po każdym braniu. Gdy brania się uspokajały, podawaliśmy kobrą raz dziennie około 20 kulek Chilii Robin Red na sztele.

W między czasie poznaliśmy kolegów Czechów z sąsiedniego stanowiska, którzy okazali się bardzo fajnymi zapaleńcami oraz mającymi podobne poglądy do naszych. Po rozmowie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasza taktyka łowienia jest dobra, ponieważ koledzy obok byli praktycznie bez brań. Wieczorem postanowiliśmy zrobić grilla - jednego z ostatnich w tym sezonie. Oczywiście zaprosiliśmy naszych nowych kolegów. Podczas grilla i rozmów na linii Polska – Czechy, na moim prawym kiju nastąpił totalny opad swingera, tak jakby ktoś obciął mi żyłkę. Po zacięciu, hol trwał krótko i delikatnie. Koledzy spokojnie podebrali rybę, a był nią piękny 24 kg karp – największa, jak się okazało, ryba tej zasiadki. Fantastyczne uczucie.

Hitem, jeśli chodzi o przynęty, był żółty pop-up Kokosowa Wanilia z serii Mini Pop Up Fluo. Jednak największy karp został złowiony na bałwanka złożonego z kulki tonącej – Japońskiej Kałamarnicy z serii Boosted Hookers oraz pop-up’a Doskonała Truskawka z serii Perfection Pop Up. Można powiedzieć, że to moja sprawdzona kombinacja, która często daje mi powody do satysfakcji.

Zasiadka minęła szybko i intensywnie, jak to zawsze bywa przy fajnych imprezach, ale taka kolej rzeczy. Odkryliśmy świetną wodę, spędziliśmy miło czas oraz połowiliśmy piękne ryby. Ten sezon jest dla mnie naprawdę udany i mam nadzieje, że taki już zostanie do końca, a przede mną jeszcze kilka zasiadek, bo jak to mówią póki żre to trzeba jeździć”.

Trzymajcie się i nie dajcie się zwariować w tych ciężkich czasach.

Do zobaczenia nad wodą.
Mateusz Mazur