Rozpoczynając tworzenie tego artykułu, zastanawiałem się co napisać, jak zacząć, żeby nie wyglądało to na mądrzenie się gościa, który złapał swojego pierwszego 30-sto kilowego karpia w życiu. Teoretycznie, powinienem mieć natłok myśli do napisania relacji. Jednak oprócz podnoszącej się adrenaliny na myśl o spotkaniu i holu tak pięknego okazu, pojawiły się również przemyślenia, które chciałem przełożyć na kartkę papieru.

Ale zacznijmy od początku…

Przygotowanie do zasiadki przebiegało jak zawsze. Opracowany dużo wcześniej plan działania, przemyślana taktyka, która sprawdziła się rok wcześniej na tym łowisku, oraz dobre przeczucie zapowiadały fajnie spędzony czas. Poprzednia zasiadka na tej wodzie była jedyną z tych, na której zużyłem w tamtym roku dużo towaru i w tym roku miało nie być inaczej. Orzech tygrysi oraz kule o smaku Chilli Robin Red oraz Japońskiej Kałamarnicy to przysmaki, które szykowałem do systematycznego serwowania karpiom przez okres jednego tygodnia. Pogoda, sprawdzona na wszystkich możliwych stronach polskich i czeskich, zapowiadała wakacyjną zasiadkę, więc byłem pewny, że z tej wyprawy przywiozę chociaż opaleniznę, której nie zdążyłem złapać nad naszym „kochanym” polskim morzem.

Po przyjeździe, rozpakowaniu auta i rozbiciu obozowiska, zacząłem sondować dno łowiska. Z poprzedniego roku wiedziałem, że głębokość sięga do 20 metrów, jednak charakterystycznym punktem są delikatne spady z małymi blatami - jednym między 7 a 8 metrem i drugim na głębokości około 9 metrów. Naturalną koleją rzeczy było to, że właśnie tam chciałem umieścić swoje zestawy. Z informacji zebranych wcześniej, półka na ok. 9 m była miejscem najlepiej odwiedzanym przez karpie, jednak nie chciałem stawiać wszystkich zestawów w jednym miejscu, gdyż miejsce na 7-8 metrach również wyglądało ciekawie i chciałem je po prostu sprawdzić.

Jeśli chodzi o nęcenie, to tak jak napisałem powyżej, zdecydowaliśmy się wraz z Pawłem nie kombinować i posyłać systematycznie sporą ilość mixu orzechów tygrysich oraz kulek. Także na miejscówkę dziennie leciało 4 kg kulek Chilli Robin Red z serii Superfeed oraz Japońskiej Kałamarnicy z serii Carp Food. Oprócz tego dosypywaliśmy miejsce naszymi orzechami tygrysimi z serii Carp Food. Jednak zestaw leżący na 8 metrach postanowiłem nęcić wyłącznie samymi kulkami.

Jeśli chodzi o zestawy, to będę nudny, gdyż w każdej relacji pisze to samo, ale wychodzę z założenia, że jeśli się coś sprawdza, to nie ma sensu kombinować.

Zestaw 1- Ronnie Rig

Zestaw 2 – klasyczny z pojedynczą kulką

Zestaw 3 – klasyczny z bałwankiem.

Przynęty, których użyłem również były moimi standardowymi:

Ronnie Rig – Doskonała Truskawka z serii Perfection Pop Up

Klasyczny – pojedyncza kulka Japońska Kałamarnica z serii Oil Hookers oraz bałwanek złożony z Japońskiej Kałamarnicy Boosted Hookers oraz Popka Japońska Kałamarnica z serii Mini Pop Up.

Wszystko pięknie, ładnie - pogoda, taktyka, miejsce i co? I za przeproszeniem d..a! Ciśnienie oscylujące w granicach 1025 hPa mocno ostudziło moje zapały. Trzy dni bez pika mobilizowały mnie do kombinowania, ale szczerze nawet próby łowienia w toni na ziga nie przynosiły żadnych efektów, zresztą na całej wodzie było podobnie. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Pozostało nam czekać i wierzyć, że sytuacja się odmieni. Mimo braku współpracy z karpiami, dalej dosypywaliśmy miejscówkę, jednak już nie w takich ilościach. Ktoś powie, po co, skoro nie żarły? A no właśnie po to, że populacja karpi jest tam bardzo duża i w końcu będą musiały jeść. Według prognoz ciśnienie miało spadać przez następny dzień i utrzymywać się w granicach 1015 hPa, więc wierzyłem, że to jest nasza z ostatnich szans.

I rzeczywiście tak było. Od początku dnia można było zaobserwować powoli spadające ciśnienie. Mimo to, nasze sygnalizatory wciąż pozostały zaczarowane. Jednak podczas wieczornego przewożenia zestawów Pawła, na moim lewym kiju obsypanym samymi kulami z głębokości 8 metrów nastąpiło branie. Podchodziłem do kija trochę nie dowierzając i sprawdzając kątem oka czy czasem coś nie zaplątało się w żyłki. Jednak nie. Kilka minut holu i w podbieraku miałem pierwszego karpia zasiadki. Pierwsza myśl? Bez ryby nie wrócę, więc trzeba się cieszyć z drobnych rzeczy. Szybka sesja z czeską 18-stką i nadzieje znów odżyły.

Następnego dnia ciśnienie dalej spadało, a ja odnotowałem kolejne branie, tym razem z nęconego miejsca na głębokości 9 m. Na macie pojawiła się bardzo waleczna, pełnołuska dycha. Ucieszyła mnie ta ryba, gdyż bardzo mocno walczyła, co dało mi dużo frajdy, ale też wzięła z nęconego miejsca, więc utwierdziłem się w przekonaniu, że „one tam są”, tylko muszą po prostu mieć ochotę na jedzenie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że najważniejsze wydarzenia tej zasiadki, ale i całej mojej dotychczasowej przygody z karpiarstwem, miały dopiero nadejść…

O godzinie pierwszej w nocy obudził mnie pojedynczy dźwięk sygnalizatora. Na zasiadce, która obfituje w małą ilość brań, każde piknięcie jest bardzo żywiołowo odbierane przez mój organizm, więc nie było problemu z szybkim wyjściem ze śpiwora. A że widok z namiotu miałem centralnie na wędziska, widziałem świecącą się czerwona diodę sygnalizatora. Siedziałem na łóżku i w mojej głowie kłębiły się myśli typu -”no jedź”, „ dawaj”. Minęła minuta, dioda sygnału zgasła więc uznałem, że jak już wstałem, to skorzystam z okazji żeby załatwić problem parcia na pęcherz.:P Wyszedłem z namiotu, a czerwony sygnał znów się zaświecił. Hanger przykleił się do wędziska i powoli zaczął odjeżdżać. Po zacięciu poczułem delikatny opór, a po chwili ryba po prostu stanęła. Myślałem, że weszła gdzieś w zaczep, jednak ona po prostu zamurowała.

Najśmieszniejsze jest to, że holując tę rybę, cały czas myślałem, że mam do czynienia z mniejszym osobnikiem tej wody, gdyż przekonałem się w roku poprzednim, że właśnie one sprawiają najwięcej problemów podczas holu. Kiedy dodatkowo po dość długiej walce, ryba pojawiła mi się w toni, byłem niemal pewny, że to „szkrab”. Ktoś mi kiedyś powiedział - ”nie oceniaj ryby w wodzie” i przyznam szczerze całkowicie się z tym zgadzam. Karp wchodząc do podbieraka wydał mi się większy niż przypuszczałem, jednak dalej byłem w przekonaniu, że nie jest ogromny. Mało tego, będąc już w podbieraku i spoglądając na niego z góry, doszedłem do wniosku, że jest to moja największa ryba na tamtą chwilę, jednak przez myśl mi nie przeszło, że może być z magiczną trójką z przodu. Dopiero niosąc to piękne stworzenie na matę, wkradły się nieśmiałe myśli, że to może być jedna z moich największych zdobyczy .

Pisząc te słowa przypominam sobie tę sytuację - moment tarowania wagi i worka karpiowego, zawieszanie karpia na wadze i zobaczenie tej magicznej liczby - 31.750 kg . Powiem Wam szczerze, że lubię okazywać emocje, jednak w tej chwili ucieszyłem się, ale tak jakby nie dowierzając, że to prawda. Jeszcze dwa razy sprawdzałem czy waga jest dobrze wytarowana. A propos wagi. Na Gosławicach niestety przez przypadek utopiłem swoją poprzednią wagę, która była do 30 kg. Kupując nową zdecydowałem się na zakres do 60 kg, podśmiechując sobie w duszy - “ta…na pewno” . A tu proszę, zaskoczenie totalne, coś czego sobie nie wyobrażałem, dlatego chyba dopiero jadąc do domu, będąc sam w aucie, nagle wydarłem się sam do siebie „MAM TO K…..WA!!”, jakbym przed chwilą wyciągnął tę rybę.
Cieszy mnie, że po raz kolejny jedną ze swoich największych ryb złowiłem na Japońską Kałamarnicę. Przynęta, która od momentu rozpoczęcia współpracy z TB, dała mi moje największe dotychczasowe ryby. Seria przynęt haczykowych Boosted Hookers, Oil Hookers, Perfection Pop Up w pełni pozwala mi dostosować się do aktualnych potrzeb karpi. Zapachniało dobitną autoreklamą, ale czasem po prostu trzeba podkreślić, że nie potrzeba mieć szerokiego wachlarza smaków przynęt. Ja osobiście skupiam się na kilku sprawdzonych smakach i z powodzeniem je stosuję.
Marzenia o karpiu 30+ stały się faktem. Cieszę się, że akurat to mi udało się złowić taki okaz, bo sami dobrze wiecie, że przy jakimś procencie odpowiedniej taktyki, przy jakimś procencie umiejętności itp, musisz mieć po prostu kupę szczęścia, że taki „klocek” akurat schyli się po Twój zestaw.

Po złowieniu ryby 30+ naszły mnie jakieś takie dziwne, aczkolwiek pozytywne refleksje, że idę w dobrym kierunku. Nie uważam się, za autorytet karpiarstwa w Polsce, raczej zwyczajnego pasjonata, który jest testerem w solidnej polskiej firmie. Nie będę wymądrzał się, że spodziewałem się takiej ryby, że po nią tu przyjechałem, bla, bla, bla. Jednak najzwyczajniej, analizując swoja przygodę z tym pięknym hobby, śmiem twierdzić, że małymi kroczkami idę do przodu, co mnie bardzo cieszy. A karp 30+ jest tylko utwierdzeniem dobrze obranego kursu połączonego z „karpiowym szczęściem”, co będę podkreślał na każdym kroku.:)

Cieszę się również, że ostatnią rybą tej zasiadki była „mocną dwudziechą” i wzięła z tego samego miejsca, co 30stka oraz na ten sam zestaw. To dało mi pewność, że mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych, robota została wykonana poprawnie.

Pisząc ten artykuł, przypominam sobie wszystkie sytuacje związane z tą zasiadką i wiem, że zostaną one na długo w mojej pamięci. A co teraz? Nic się nie zmieniło. Skończyła się jedna zasiadka, a już planuję następną. Sorki skłamałbym, zmieniło się jedno - zamiast marzyć o 30 +, muszę zacząć marzyć o 40+. ? ? ? A czemu nie!! Dopóki wędki w wodzie wszystko jest możliwe.

Do zobaczenia nad wodą.
Mateusz Mazur