Moje zasiadki karpiowe spędzam w 99% na dzikich wodach PZW. Są to dwie zaporówki o wielkości 170 i 70 ha oraz mega dzikie jezioro 35 ha. W tym artykule chcę opisać moje sposoby łowienia w takich miejscach.

Dzikie łowiska PZW to nie najłatwiejsze miejsce do połowu ryb. Zróżnicowane dno, powalone drzewa, trzcinowiska - wszystko to sprawia, że szczęśliwe doholowanie karpia do brzegu jest niezwykle trudne. Każdy karpiarz jednak powie, że właśnie TO jest w tym wszystkim najpiękniejsze, a dodatkowo wyciągnięcie ryby z takiej wody najbardziej satysfakcjonujące. 

Aby jednak z sukcesem łowić na wodach PZW, trzeba się do tego odpowiednio przygotować. Taki zbiornik najlepiej poznawać poprzez wędkowanie za każdym razem z innego miejsca, by sprawdzić, które miejscówki są najlepsze i gdzie warto położyć zestawy. Poniżej zdradzę Wam tajemnicę, jak robię to ja.

Szukanie miejscówek.

Gdy przyjeżdżam nad wodę, najpierw rozkładam cały swój sprzęt na brzegu, jednocześnie przy tym obserwując wodę. Staram się dostrzec czy ryba jest aktywna poprzez spławy oraz bąble. Gdy już wszystko na brzegu rozłożę, wsiadam w ponton i zaczynam to, co najważniejsze, aby schwytać dzikusa, czyli szukam odpowiedniego miejsca. Najpierw poprzez rozejrzenie się, sprawdzam czy nie ma powalonych drzew oraz przybrzeżnych trzcinowisk. To właśnie najczęściej tam trafiają moje zestawy, ponieważ ryba w takich miejscach czuje się bardzo bezpieczna. Przy trzcinie szukam twardych oraz czystych placów i kładę tam zestaw, tak około 20 cm od roślin. Jeżeli widzę, że miejsce jest za bardzo zarośnięte, ponieważ występuje moczarka, kładę zestaw na dnie w samej trzcinie. 

Drugi zestaw zazwyczaj lokuje w zupełnie innym miejscu. Wszystko po to, by dać sobie więcej szans na złowienie ryby. Aby nieco ułatwić zadanie, podłączam echosondę i szukam podwodnych górek czy spadków, na których jest bardzo dużo racicznicy, czyli przysmaku karpi (są to bardzo ostre muszle). Echosonda służy mi tylko do sprawdzenia ukształtowania dna, jego twardość natomiast sprawdzam specjalną tyczką, poprzez ostukiwanie. Polega to na uderzaniu tyczką od dno i sprawdzaniu, czy wchodzi ona w nie miękko (wtedy jest muł), czy twardo odbija się od ziemi (wtedy mamy czyste dno).

To, gdzie ostatecznie lokuje zestawy różnicuje również pora roku. Wiosną wybieram raczej płytszą wodę i górki. Latem, przy dużych temperaturach, oraz jesienią kładę zestawy na głębszej wodzie.

Innym, a zarazem bardzo dobrym miejscem na położenie zestawu, są powalone drzewa pod drugim brzegiem. Niestety są to dość trudne miejscówki, ponieważ po braniu karpie najczęściej uciekają wprost pod zanurzone w wodzie gałęzie. W takim miejscu najczęściej kładę zestaw wprost pod zanurzone konary, po wcześniejszym sprawdzeniu, czy jest tam twarde dno. Inny utrudnienie w takich miejscach są spinningiści, którzy niejednokrotnie potrafią ściągnąć zestaw. Aby tego uniknąć, najlepiej założyć na żyłkę minimum dwa backledy. Ja podczas wywózki wrzucam je do wody, dzięki czemu żyłka przylega do dna. Tym samy zminimalizujemy ryzyko zahaczenia żyłki przez innego wędkarza.

Taktyka nęcenia.

Gdy już znajdę miejsce na położenie zestawu, przechodzę do robienia zanęty. Moja taktyka jest nieco zależna od pory roku. Wiosną, gdy woda jest jeszcze zimna, łowię bardzo delikatnie i punktowo. Wtedy zawsze zakładam woreczek PVA, w którym są pokruszone kulki oraz mikro pellet. Uważam, że pellet to świetny wybór na zimną wodę. Bardzo dobrze w niej pracuje, zwabiając ryby w okolice zestawu, a to oznacza zwiększoną szansę na branie. Tak przygotowane PVA dodatkowo zalewam boosterem, aby jeszcze bardziej przebić się przez stare, zgniłe zielsko na dnie. Do tego wrzucam pół garści kulek zanętowych (ok. 10 sztuk), przekrojonych na pół, i zaczynam łowienie. 

Latem i jesienią taktyka nęcenia w moim przypadku jest bardzo podobna, jednak nieco zmienia się zróżnicowanie produktów. 

Jeden z zestawów nęcę ok. 1 kg kukurydzy, którą dodatkowo dopalam boosterem. Do tego dodaje 2-3 garście kulek w rozmiarze 18-20 mm i nęcę jak najbardziej punktowo. Nie daje dużo towaru, bo nie chcę, aby ryba się przejadła. Ma on jedynie zadanie zwabić karpia w miejsce położenia zestawu, by trafił on prosto na moją kulkę ulokowaną na włosie. Dodatkowo, taki zestaw wzbogacam o PVA, wypełnione całymi i przekrojonymi kulkami, by zapobiec jego splątaniu. Drugi zestaw natomiast nęcę samymi kulkami, około 0,5 kg na dzień dobry, zalanymi obficie boosterem, i do tego również PVA. Oczywiście po braniu dosypuje tyle samo jedzenia do wody na każdy zestaw.

Hol.

Gdy zestaw mam przy trzcinie bądź powalonych drzewach, mam świadomość, że zanim dobiegnę do wędki, ryba już pewnie będzie w zaczepach. Nie kombinuję więc, tylko od razu wsiadam w ponton i tylko zwijając żyłkę, podpływam do miejsca, gdzie zatrzymał się karp. Najszybciej można zlokalizować go po strzałówce. Kiedy jestem już na miejscu, odkładam wędkę na ponton i powoli odplątuję linkę z zaczepu. Gdy zestaw zaplącze się w gałęzie, pomagam sobie tyczką (tą samą, którą badam dno) odnaleźć strzałówkę, którą bardzo często trzeba przecinać i dowiązywać. Warto wtedy zachować zimną krew i zrobić wszystko na spokojnie. Po dojściu do ryby, ta najczęściej wypływa na otwartą wodę. Wtedy już dalej holuję ją wędką, nie dając jej z powrotem wpłynąć w zaczepy.

Gdy zestaw leży na otwartej wodzie, na górce bądź na spadzie z tej górki, zazwyczaj holuje rybę do brzegu. Czasami ubieram wodery, aby w razie potrzeby, przy brzegu wejść w trzcinę i na spokojnie podebrać karpia.

Zestawy końcowe.

Jeśli chodzi o dobór przynęty, nigdy nie jest to tak do końca oczywiste. Zazwyczaj na jeden zestaw zakładam kulkę o smaku słodkim, a na drugi śmierdziucha, by móc zorientować się co bardziej będzie odpowiadało pływającym w wodzie karpiom. Chyba, że mam już swoje sprawdzone smaki na danym łowisku. Żeby jednak taką wiedzę zdobyć, potrzeba naprawdę wiele pracy, doświadczenia i przede wszystkim samozaparcia, a i tak czasami ryby robią nam psikusa i wybierają zupełnie coś innego.

Przypon na moich zestawach jest w 90% taki sam, czyli Blow Back Rig na plecionce w otulinie bądź całkiem miękkiej. To właśnie ten rodzaj przypadł mi najbardziej do gustu, po wielu próbach z innymi przyponami. Plecionki w otulinie używam najczęściej wtedy, gdy wiem, że w wodzie czają się niebezpieczeństwa dla linki w postaci zaczepów. Jest to takie dodatkowe zabezpieczenie, aby plecionka się nie przetarła. Dodatkowo nawijam około 20-30 metrów strzałówki z grubej żyłki mono, ponieważ w walce w trzcinie bądź powalonych drzewach to ona spełnia główną rolę w holu ryby, a przy tym nie powinna ona się przetrzeć.

Haczyk dobieram głównie do przynęty, jednak zazwyczaj są to haczyki o numerze 2 bądź 4. Na włos zakładam kulkę jak najbardziej naturalną, nie uciekając smakowo od tego czym nęciłem, choć czasami ją uatrakcyjniam, np. ziarenkiem kukurydzy, by odróżniała się o tych zanętowych i bardziej od nich kusiła karpie. Latem zakładam najczęściej przynęty w rozmiarze 18-20mm, wiosną stosuje nieco mniejsze - 14-18 mm, w zależności czy muszę wyselekcjonować drobnice czy też nie. Gdy mam przyłów leszczy, wydłużam włos i po prostu zakładam większą przynętę. 

Łowienie karpi na PZW nie jest prostą sprawą, ale mega satysfakcjonującą. Tutaj nie tylko liczą się umiejętności, choć są one na pierwszym miejscu, ale także dobry sprzęt. Pamiętajcie jednak, że każde łowisko, zwłaszcza dzikie, wymaga tego, aby się z nim zapoznać. Znajdźcie zatem czas na to, by się mu przyjrzeć, popływać po nim, stracić kilka zasiadek bez ryby - to wszystko będzie cennym doświadczeniem, które z pozytywnym skutkiem wykorzystacie w przyszłości.

Pozdrawiam
Adrian Kończyński