You're currently on:

DOBRY PLAN NA OGROMNE KARPIE

Ostatnia zasiadka, na którą wybrałem się ze znajomymi, nie zapowiadała się kolorowo. Mimo wielu chęci, upragniony i długo planowany wyjazd miał zakończyć się fiaskiem przez słabą aktywność karpi.

Nie chcieliśmy się jednak poddawać. W końcu nie tylko ryby się liczą, a możliwość spotkania, obcowania z naturą i odpoczynku od zgiełku codzienności.

Naszym poligonem była stara żwirowania. Tak jak wspominałem we wstępie, po przyjeździe na łowisko okazało się, że ryby prawie w ogóle nie żerują. Nas to jednak nie złamało i ze śmiechem na ustach zabraliśmy się do rozpakowywania i ogarniania obozowiska, a następnie sondowania zbiornika. Nasza woda miała bardzo zróżnicowane dno, głębokości mierzą tam bowiem od 1 do 3,5m. Samo łowisko nie jest jednak małe, bo ma 18ha, więc było sporo miejsca na szukanie karpi.

Pogoda była wręcz wspaniała do biwakowania, natomiast niekoniecznie dobra do łowienia ryb. Środek lata i upał 30 stopni – takie warunki pokonały niejednego karpiarza, który schodził z łowiska o kiju. Na nasze szczęście po godzinie pogoda zaczęła nieco się zmieniać, powstał wiatr, który kierował się prosto na nasze twarze, przynosząc pozytywne myśli. Wskoczyliśmy więc w ponton i zaczęliśmy typować miejsca na położenie zestawu. Pierwsze z nich było jakieś 80m od brzegu. Była to ściana, która schodziła z 1 do 1,8m. Uznaliśmy to za dobrą miejscówkę, w której mógłby zatrzymywać się cały pokarm, niesiony przez wiatr. Zatem właśnie tutaj położyliśmy nasz pierwszy zestaw. Drugi natomiast wylądował na 150 metrze, gdzie udało się znaleźć kolejną ścianę, niemalże identyczną do poprzedniej. Po dokładnym sprawdzeniu, rów ten okazała się bardzo długi, dlatego również reszta zestawów została tam ulokowana.

Długo zastanawiałem się nad taktyką nęcenia w tym miejscu. Ostatecznie postawiłem na ziarna orzecha tygrysiego. Na wszelki wypadek jednak zabrałem ze sobą także pellet i trochę kulek, co jak się później okazało, zupełnie nie było mi potrzebne. Wybrane miejsca nęciłem dość obficie, nie żałując karpiom żarcia. Aby jeszcze bardziej wbić się w ich gusta, dopaliłem orzechy Sokiem Ananasowym uznając, że może być to dobry dodatek, który jeszcze bardziej sprowokuje ryby do brań. Nie byłem pewien swojej decyzji, więc czekałem już tylko na dalszy przebieg wydarzeń.

Czas oczekiwania, wpatrywania się w wędki i nasłuchu choć jednego piknięcia sygnalizatora nie był na szczęście zbyt długi, bo już po 30 minut od położenia zestawów, usłyszeliśmy pierwsze granie świadczące o braniu. Druga miejscówka na 150 metrze okazała się strzałem w dziesiątkę. Położyłem tam haczyk z przynętą, stanowiący dokładnie ten sam zestaw, którym nęciłem - orzech tygrysi dopalony Ananasem. Hol tej ryby był bardzo szybki i jednocześnie spokojny. Dosłownie po paru minutach karp wylądował w podbieraku. Lepiej być nie mogło. Na naszych twarzach zagościł szeroki uśmiech, zwłaszcza kiedy po zważeniu okazało się, że karp waży ponad 22kg. Radość była ogromna, a adrenalina wypruwała nam wszystkim żyły. Już wiedzieliśmy, że ta zasiadka zakończy się dobrze. Wypuściliśmy rybę i czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Tego dnia jednak już nic nas nie zaskoczyło.

Kolejne branie nastąpiło z samego rana, fundując nam miłą pobudkę. Nie ma to jak poranny trening! Na matę z wizytą wpadł mały karp 13kg. Miał to być jednak dopiero przedsmak dalszych wrażeń.

Szybko wywieźliśmy ponownie zestawy i po niespełna 30 minutach znów wędka dała sygnał o braniu. Tym razem ryba okazała się bardzo waleczna. Podczas holu miotała mną całkiem mocno. Karp cały czas murował do dna, nie dając się stamtąd oderwać. Miałem wrażenie, że nic nie mogę z nim zrobić. Że zaraz cały mój zestaw pójdzie razem z nim w otchłań. Modliłem się tylko żeby to wytrzymać, bo wiedziałem, że  ryba jest konkretna. Nie poddawałem się, choć byłem już kompletnie styrany. W końcu karp uległ. Po tej walce sam miałem ochotę położyć się na macie. Opanowałem się jednak, a gdy zobaczyłem, że waga karpia przekracza 20kg, siły magicznie powróciły we wszystkie partie mojego ciała. 20,200 kg okaz znów połasił się na orzech tygrysi, który zawisł na przyponie z miękkie plecionki – moi bohaterowie tej zasiadki.

Ostatniego dnia żal nam było wracać do domu, więc zaproponowałem, żeby zostać jeszcze dobę dłużej. Wszyscy byli chętni, bo ryby brały jak szalone. Kolega po długiej walce, wyciągnął z tej wody karpia 25kg. I mimo że był to konkretny kaban, który mógłby zasycić jego potrzebę na duże okazy, widać było po nim, że miał ochotę na więcej. Ostateczna decyzja – zostajemy!

I to był strzał w dziesiątkę, ponieważ nad ranem znów obudził nas dźwięk sygnalizatora. Szybko wskoczyliśmy w ponton i popłynęliśmy po kolejną rybę. Walka z tym okazem była krótka, ale jak przystało na tubylców z tego łowiska, dość ostra. Tutejsze ryby naprawdę zaskakują swoją siłą. Zupełnie nie można ich oderwać od dna, więc każdy hol jest mocno siłowy i wyczerpujący. Podobnie było i tym razem. Ryba znów mnie wymęczyła, kilka razy robiąc konkretne odjazdy i murując w stronę dna. Jednak nie dałem za wygraną. Zaparłem się i po 15 minutach już witałem się z gąską, a w zasadzie z 16kg karpiem. Ryba wzięła tradycyjnie na orzecha. Spojrzałem jeszcze na haczyk, Executor od Tandem Baits po tylu siłowych holach trzymał się w zasadzie bardzo dobrze. W sumie bez problemu mógłbym nim łowić dalej, ale niestety już nie miałem okazji...

To była ostatnia ryba. Nieco zmęczeni, ale napakowani pozytywnymi wibracjami, spakowaliśmy się i wyruszaliśmy w drogę do domu. Był to naprawdę bardzo dobry wypad, obfity w piękne okazy, które dały nam nieźle w kość. Z pewnością tam wrócimy po jeszcze więcej emocji. Tym czasem tę zasiadkę wkładamy pomiędzy wspomnienia udanych połowów, bo ryby i piękne i waleczne. Czego chcieć więcej.

Pozdrawiam
Marcin