You're currently on:

CHORWACKA PRZYGODO WIECZNIE TRWAJ

Są takie wędkarskie wyprawy, które obrotem spraw zaskakują samego wędkarza. Niemniej jednak zostają w pamięci na lata, jako miłe wspomnienia niewiarygodnych przygód.

Chorwackie zasiadki zawsze są dla nas wyjątkowe, bo za każdym razem dzieje się na nich coś niezwykłego. Nie inaczej było również i tym razem.

Jako dwuosobowy zespół, czyli dwóch Robertów w towarzystwie znanych jako Brygada RR, wybraliśmy się na 6 dniowy wypad nad chorwackie jezioro w poszukiwaniu karpi. Jechaliśmy tam z wielkim sentymentem i nieco rozochoceni zeszłoroczną zasiadką, kiedy to łowiliśmy w tym miejscu karpie nawet po 27kg. Uzbrojeni zatem po zęby, z zapasem żarcia do nęcenie, wybraliśmy się w długą podróż do Chorwacji, aby znów zapolować na wielkie monstery z tamtej wody.

Dojechaliśmy szczęśliwie. Na miejscu przywitały nas piękne, otaczające jezioro, górskie widoki i morska bryza wiejąca z pobliskiego Adriatyku. Klimat, który zapiera dech w piersiach i to dosłownie.

Dla każdego urlopowicza pogoda na wakacyjną przygodę była niemalże wyśmienita. Jednak dla nas – wędkarzy, wróżyła ostrą walkę o każdą rybę. Upał. Ponad 30 stopni w dzień. Żar z nieba. Noc nie przynosiła ochłodzenia. Ciepła woda, z małą ilością tlenu. To musiało się źle skończyć.

Chorwackie wędkarstwo karpiowe słynie z tego, że na tamtejszych jeziorach nie można wywozić zestawów. Zatem został nam tylko spomb. A żeby coś łowić na tym 42ha zbiorniku, trzeba było spombować na dalekie odległości. Zatem dzień w dzień czekała nas bardzo ciężka harówa, która polegała na punktowym nęceniu ok 100m od brzegu. W okropnym skwarze, z całych sił rzucaliśmy po kilka razy spombem, aby zanęcić wybrane miejsca. A towaru mieliśmy nie mało, bo zabraliśmy ze sobą 40kg kukurydzy, 40kg miksu różnych ziaren, do tego dorzuciliśmy softpellety, pellety, kulki i orzecha tygrysiego. Wszystko okrasiliśmy Maiz'em dla spoistości, aby nasza sklejona mieszanka opadała punktowo na dno, ale także dla dodania ciekawego smaczku zanęcie.

Oprócz upału męczył nas również wiatr i to niemały, tutaj nazywany burką wietrzną. Na domiar złego wiało nam w plecy, co potencjalnie pomagało nam w rzutach, ale jednocześnie odsuwało od nas ryby. Żeby tego było mało, w połowie wypadu zaczęło wzrastać ciśnienie. Wszystkie wskaźniki warunków po prostu były przeciwko nam, ale nie poddawaliśmy się licząc po cichu, że coś się zmieni.

Oczywiście nie zmieniało się nic, a z dnia na dzień jeszcze bardziej się pogarszało. Cały czas pracowaliśmy nad polepszeniem swojej sytuacji. Co dzień spombowaliśmy nasze miejsca, co 2-3 godziny dorzucając zanętę, nie patrząc na ból mięśni i okropne zmęczenie. Jestem pełen podziwu, że nasze wędki i kołowrotki to wytrzymały bez żadnego uszczerbku, bo my już w którymś momencie nie dawaliśmy rady. Oczywiście straciliśmy kilka spombów i strzałówek, ale przy takim naprężeniu i sile, było to wliczone w straty. 100-metrowy, obrany przez nas punkt za każdym rzutem wydawał się jakby dalej, ale jakoś musieliśmy sięgnąć te ryby. Ciężka praca przynosiła niewielkie efekty w postaci paru ryb dziennie poniżej 20kg. Wszakże zawsze to napawało nas jakimś optymizmem. Przy wypuszczaniu w myślach prosiliśmy jednak o więcej.

Gdzieś między ciężką pracą, a pojedynczymi odjazdami karpi, pojawiło się ciekawe, mocne branie. Inne niż wszystkie. Oczywiście szybko zaciąłem wędkę i zacząłem hol. Ryba było silna, ale nie było mowy o tym, aby po nią wypłynąć. Musiałem o nią zawalczyć z brzegu. Chorwacki upał dawał o sobie znać i nieco wytrącał siły. Ale adrenalina zrobiła swoje. Po kilku chwilach już wiedziałem, że to co ciągnę to nie karp, a sum, który połasił się na jedną z moich kulek, tym razem Sardynkę Pacyficzną z serii Carp Food Boosted Hookers 18mm. Po 30 minutach dość trudnej walki, mogłem zapozować do zdjęcia z 19,700 kilowym wąsatym kolegą, który dał nam sporą dawkę radochy.

Sum był pierwszą niespodzianką, która czekała na nas na tej zasiadce. Inną było spotkanie Szymona – Polaka, który podszedł do nas zapytać czy w tym zbiorniku można popływać. Nie byłoby to dla nas nic dziwnego, gdyby nie fakt, że facet przyjechał do nas na rowerze… z Inowrocławia!! Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że jego celem jest Wenecja i że Chorwacja jest tylko punktem przelotowym. A że obserwowaliśmy go później na Instagramie, to możemy Wam zdradzić, że Szymon zdobył swój cel i już szczęśliwie powrócił do Polski, pokonując trasę w 33 dni.

Innymi ciekawymi zajęciami podczas tej zasiadki była rozmowa z Chorwatami – wędkarzami. Jedna z interakcji szczególnie wpłynęła na nas i nasze samopoczucie. Mieliśmy bowiem okazję poznać starszego pana o imieniu Vladimir, który będąc już na emeryturze, rozpoczął przygodę z karpiowaniem. Zupełnie bez doświadczenia zaopatrzył się w sprzęt, który niejednokrotnie bardzo go zawodził. A że stacjonowaliśmy niedaleko od siebie, staraliśmy się pomóc temu człowiekowi, naprawiając mu kołowrotek lub wspomagając go przyponami czy przynętą. Chorwat zaś, tak jak mógł w tych warunkach, gościł nas po chorwacku, opowiadając co wieczór najciekawsze historie swojego życia, a także przybliżając nam różne tradycje swojego kraju. Tworzyło to pewnego rodzaju klimat, w którym czuliśmy się bardzo ciepło przyjęci, nomen omen na obczyźnie. Któregoś dnia ów starszy pan przybiegł do nas lekko zaspany mówiąc, że właśnie spiął dość dużego karpia na podarowanym przez nas zestawie. Służyliśmy mu zatem pomocą i poszykowaliśmy mu odpowiednie przypony z kulkami, które dosłownie mieliśmy pod ręką. Pan pięknie podziękował i poszedł dalej obławiać swoją miejscówkę, którą stanowił punkt zaledwie 40m od brzegu. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy starszy pan zaczął do nas krzyczeć, że ciągnie rybę! Oczywiście pośpieszyliśmy mu z pomocą. Mimo dość sędziwego wieku i znikomego doświadczenia, Chorwat sam zdołał wyholować karpia na brzeg. Pomogliśmy mu jedynie z podbieraniem. Mimo trzęsących rąk i wysokiej adrenaliny udało mu się zapozować do kilku zdjęć. Drugim naszym zdziwieniem była waga karpia, która przekroczyła 20kg! Na domiar wszystkiego ryba miała w pysku kulkę o smaku Truskawki, na którą na tej zasiadce nawet nie spojrzeliśmy.

Po tej akcji cała nasza skrzętnie opracowywana taktyka, długi dystans rzutu, obieranie konkretnych smaków wydawały się dość śmieszne. Zresztą ta cała sytuacja dość mocno nas rozbawiła, ale jednocześnie pokazała jak bardzo wędkarstwo uczy pokory. My, długoletni karpiarze vs starszy mężczyzna wędkujący zaledwie od 3 lat, często łowiący trochę na chybił-trafił, który przypomniał nam, że w karpiarstwie nic nie jest oczywiste. Chorwat był przeszczęśliwy. Cały wręcz dygotał. Po wypuszczeniu ryby do wody miał łzy w oczach. To wypełniało pozytywnie nasze serducha. Nasze wyniki przestały być ważne. Cieszyliśmy się, że mogliśmy pomóc starszemu Panu spełnić jego marzenia. Zresztą czuliśmy z jego reakcji, jak bardzo był za to nam wdzięczny.

Wróciliśmy na swoje stanowiska, dalej realizując założone przez nas cele w nadziei, że i u nas coś jeszcze się pojawi. Aura nie dawała nam spokoju. Męczyło nas ciągłe uczucie gorąca i nocny, rwący wiatr, który czasami nas przerażał. W nocy spaliśmy przy maksymalnie otwartym namiocie. Cieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się wziąć model Big One, bo i mogliśmy się w nim komfortowo rozłożyć, i przewiew, który powstawał dzięki możliwości otworzenia zarówno przednich drzwi, jak i tylnego okna, dawał nam ukojenie w tym ukropie. Warunki na tej zasiadce naprawdę nie były łatwe, ale mimo to udało nam się położyć na macie 20 rybek. Łowiliśmy głównie na kulki w smakach: Sardynka Pacyficzna, Mleczna Morwa, Anansowy Sok, Robin Red. Ostatnie dwa dni to już był jednak totalny chill out. Ryby w ogóle przestały brać, zatem zrobiliśmy sobie najzwyklejszy, chorwacki odpoczynek. Upajaliśmy się widokami, gawędziliśmy ze starszym panem, rozmawialiśmy ze sobą o wszystkim i o niczym. Trochę analizowaliśmy nasz wyjazd, nie skupiając się za bardzo na rybach, a na przygodach, które nas spotkały. I w tych pozytywnych humorach zakończyliśmy naszą zasiadkę.

Wypad na chorwackie jezioro po raz kolejny zaliczamy do bardzo udanych, chociażby ze względu na przygody, które nam się przydarzyły. Najmocniej za serce chwyciła nas historia starszego Chorwata, która naprawdę bardzo nas poruszyła. To wszystko, co się wydarzyło, potwierdza tylko regułę, że nie zawsze liczą się wyniki, a klimat. My, choć mocno wyczerpani, wracaliśmy z Chorwacji po raz kolejny uśmiechnięci i mimo wszystko usatysfakcjonowani. A to, w tym wszystkim, jest chyba najcenniejsze.

Robert&Robert