Na ten wyjazd czekaliśmy bardzo długo. Zresztą, jak co roku, bo przecież już trzeci raz wybieraliśmy się na chorwackie jezioro Tribajl. Dużo oczekiwań, dużo przygotowań i wyobrażenia o pięknych karpiach, które zrywają zestawy. Na koniec jednak - kubeł zimnej wody…, ale nie ten oznaczający pobite PB.

Brygada RR kończy sezon karpiowy w Chorwacji

Na ten wyjazd czekaliśmy bardzo długo. Zresztą, jak co roku, bo przecież już trzeci raz wybieraliśmy się na chorwackie jezioro Tribajl. Dużo oczekiwań, dużo przygotowań i wyobrażenia o pięknych karpiach, które zrywają zestawy. Na koniec jednak - kubeł zimnej wody…, ale nie ten oznaczający pobite PB.

Wyjazd do Chorwacji miał być dla nas zakończeniem tegorocznego sezonu. Chcieliśmy to zrobić z przytupem. A że w poprzednich latach chorwackie jezioro obdarzyło nas pięknymi okazami, jechaliśmy tam z nadzieją, że i tym razem będzie spektakularnie. Uzbroiliśmy się po zęby we wszystko to, co znaliśmy i wiedzieliśmy, że tam właśnie działa. Ale nie tylko. Miał to być także testowy poligon dla nowych produktów TB z serii Pure, dlatego nasze torby wyposażyliśmy także w oleje SuperFeed Pure, boostery Pure Liquid Booster, zasypki Pure Powder Booster i kulki Pure Boilies, które w przyszłym roku wejdą do oferty.

Do Chorwacji wjechaliśmy pełni nadziei i z ochotą na podjęcie nowych wyzwań. Nie przewidzieliśmy jednak, że nie wszystko pójdzie po naszej myśli.

Zdecydowaliśmy się tym razem na nęcenie przynętami o drobnej frakcji. Ogólnie wykorzystaliśmy ok. 200 kg towaru. Codziennie szykowaliśmy miksy składające się z mieszanki ziaren z chili, konopi, kukurydzy, kruszonych i całych kulek oraz drobnego 4 i 6mm pelletu o smaku halibuta. Wszystko dopalaliśmy atraktorami. Doświadczenie podpowiadało nam, że tutaj lepiej sprawdzają się ostre smaki i tak zwane “śmierdziuchy”, więc całą taktykę opieraliśmy raczej na rybnych aromatach, a także przynętach w fluo kolorach.

Przygotowany miks odkładaliśmy na cały dzień, aby ten się dobrze “przegryzł”, a następnie spombem wrzucaliśmy w wyznaczone miejsca. Dodatkowo w okolice zestawu posłaliśmy kulki przy pomocy kobry. Choć to bardzo męczący sposób nęcenia to jednak tutaj niezwykle skuteczny. Skąd to wiemy? Oczywiście od tubylców. Dowiedzieliśmy się nawet, że co roku odbywają się tu zawody pod nazwą Cobra Cup, gdzie uczestnicy potrafią wrzucić do wody 15kg kulek dziennie (zakładając, że na 1kg wchodzi około 280szt, to przyznacie, że jest to oszałamiająco dużo). Tutejsi wędkarze uznają ten sposób za jeden z lepszych, ponieważ uważają, że krążące karpie wolą szukać kulek porozrzucanych w okolicach zestawu, niż zatrzymać się i czerpać pożywienie z jednego, punktowego miejsca. Aby się zatem dostosować do przyzwyczajeń tutejszych ryb, zdecydowaliśmy się wdrożyć ten sposób do taktyki naszego nęcenia. Nie zważając na ból rąk i krople potu spadające z czoła, codziennie konsekwentnie po parę razy zanęcaliśmy nasze miejscówki, które były oddalone ok. 100-tu metrów od brzegu. Inna forma niestety nie wchodziła w grę, ponieważ w Chorwacji nie można łowić z środków pływających, zatem pozostaje jedynie nęcenie z rzutu.

Pogoda w dzień była całkiem przyjemna, temperatura oscylowała wokół 18-20 stopni. W nocy jednak potrafiła drastycznie spadać nawet poniżej zera. Do tego koło 17.00 zaczynała się burka - czyli tutejszy, bardzo silny wiatr, który schodził z gór i rozpędzał się prosto w stronę jeziora. Zmusiło to nas do wzmocnienia namiotu, który przymocowaliśmy pasami do wbitych w ziemię kotew. W innym przypadku pewnie czekałaby nas noc pod gołym niebem. Do tego wzburzone fale na jeziorze, dosłownie przypominające fale morskie, odebrały nam praktycznie trzy dni łowienia. Jedynie w przerwach pomiędzy porywami wiatru, mieliśmy jakąkolwiek szansę na przerzucenie zestawu. Dodatkowo, gdy przyjechaliśmy ciśnienie utrzymywało się na bardzo wysokim poziomie, a z biegiem czasu poleciało jednak drastycznie w dół. Ta niestabilna aura doprowadziła do tego, że nasz chorwacki sen o pięknych karpiach przerodził się w prawdziwą chorwacką tragedię.
Ryby totalnie nie chciały współpracować. Widzieliśmy to nie tylko u nas, ale także na innych stanowiskach. Nie poddawaliśmy się jednak nawet na chwilę, dzień w dzień oraz noc w noc wykonując naprawdę ciężką pracę związaną z nęceniem i walką o brania. Nasze krokomierze naliczały codziennie przebyte od 8 do 11km na głowę. Ból pleców i rąk nie dawał nam spokoju. Zdecydowanie nie czuliśmy się jak na wakacjach.

W którymś momencie zdecydowałem się założyć na mojego Invandera ulubioną kulkę - oczywiście Squid&Orange. Wrzuciłem zestawy na noc do wody i ułożyłem się w śpiworze. W którymś momencie sygnalizator dał znać o braniu. Do wędki wystrzeliłem jak poparzony. Chwyciłem za blank i pewnie podniosłem kij do góry, czując, że na drugim końcu zaczyna właśnie ze mną walczyć pierwsza ryba tego wyjazdu. Uff, w końcu zaczyna się coś dziać. Kilka minut holu i piękny karp był już ze mną na brzegu. Czyżby woda odczarowana?

W tę noc wydawało nam się, że tak, ponieważ obaj zaliczyliśmy kilka okazji na kontakt z rybą. To dało nam nieco powera i nadzieje, że jednak ten wyjazd zakończy się tak, jak to wymarzyliśmy w naszych głowach. Oprócz wspomnianej Kałamarnicy, na naszych zestawach pojawiały się inne smaki przynęt (Sardynka Pacyficzna i Chili Robin Red), które także przynosiły nam powody do radości w postaci upragnionych karpi. Nie zapomnieliśmy także o ciągłym donęcaniu stanowiska. Ze względu na to, że w tym jeziorze jest bardzo dużo ryb i to w dodatku niemałych, nie było tu miejsca na obijanie się. Aby mieć jakiekolwiek wyniki, należało dbać o miejscówki i donęcać je cyklicznie. Najlepiej łowić tu także na odmierzonych wcześniej i stałych odległościach, ale jednocześnie uważać na zaklipowaną na kołowrotku żyłkę - przy ostrej roli można stracić wędkę, czego sam doświadczyłem na innym wyjeździe.

Wracając jednak do ryb, to te parę sztuk złapane w tę jedną noc rozbudziło w nas sporo emocji i przygasłe chęci do pracy nad naszymi miejscówkami. I choć bardzo staraliśmy się wypracować kolejne brania, to niestety koniec zasiadki przyniósł nam brutalną rzeczywistość. To nie był wyjazd naszego życia. Niestabilne warunki i brak żerowania karpi po prostu nas pokonały, a my, choć mieliśmy po parę sztuk na koncie, wracaliśmy na tarczy.

Ryby uczą pokory - to zdanie powtarzam od lat. Są nieprzewidywalne i czasami nawet największe doświadczenie i najlepszy towar nic nie wskórają. To był właśnie jeden z takich wyjazdów - dużo ryb, łowisko - pewniak, które nigdy nie zawiedzie - a jednak. O nowych produktach z serii Pure nie możemy zbyt wiele powiedzieć, bo nawet nie udało nam się ich przetestować, ale obiecujemy, że jeszcze zdamy ich recenzję. To nie był jednak dla nas stracony wyjazd. Kilka pięknych ryb udało się złowić, mimo trudnych warunków. Ważny jest dla nas również wspólny, braterski czas, którego nic nam nie zastąpi.

I za rok jedziemy tam znowu.

Pozdrawiam
Robert Rybczyński
Brygada RR