Sławomir Żak to jeden z członków Klubu Karpiowego Tandem Baits. Karpie łowi od 2003 roku. Jego osobiste PB do tej pory wynosiło - 19,9kg karp i 10kg amur. Jako zapalony wędkarz, cały czas szuka nowych wyzwań, aby poszerzać swoje doświadczenia, mierząc się także ze swoimi słabościami i wychodząc im naprzeciw, stając się przy tym jeszcze silniejszym.

Do ostatniej zasiadki szykował się aż dwa lata. Dlaczego tak długo? Tego i o wiele więcej dowiecie się z jego niesamowitej relacji z wyjazdu do Bośni.

“Wyprawę do Bośni zaplanowałem sobie już w 2019 roku z datą na 2020. Wszyscy jednak wiemy, co się wtedy wydarzyło. Koronawirus. Cały świat wywrócił się do góry nogami. Dodatkowo straciłem pracę. Byłem załamany. Musiałem ze wszystkiego zrezygnować. Myślałem, że do tego wyjazdu już nigdy nie dojdzie.

Na szczęście okazało się, że firma BookingFish, która organizowała zasiadkę, podeszła do tej sprawy bardzo elastycznie. Arkadiusz Kraszewski pomógł mi przełożyć wyjazd na następny rok, więc miałem czas na to, by się pozbierać i dobrze przygotować. Takie prawdziwe, wzmożone przygotowania zacząłem tydzień przed wyjazdem. Wtedy znów pojawił się stres. Przez obostrzenia nic nie było pewne. Oczekiwanie na wynik testu zżerało mnie od środka. W końcu jednak się udało. Wszystko poszło pomyślnie. Wsiadłem wreszcie w samochód i ruszyłem na Bośnię.

Miałem ze sobą dwóch kompanów, Grzesia i Wiktora. Umówiliśmy się, że na łowisko dotrzemy dzień wcześniej, by nieco się rozejrzeć. Łowienie mieliśmy zacząć od soboty, zatem już w piątek byliśmy nad wodą. Pospacerowaliśmy, wytypowaliśmy kilka naprawdę fajnych miejscówek, ponapawaliśmy się pięknymi krajobrazami i cierpliwie czekaliśmy na rozpoczęcie wędkowania.

W sobotę odbyło się losowanie miejsc. Wyjazd był zorganizowany dla większej grupy wędkarzy, więc to było najsprawiedliwsze. Oczywiście wylosowaliśmy stanowiska, których kompletnie nie obstawialiśmy, jako dobre. Nie przejmowaliśmy się jednak. Każdy z nas miał trzy wędki do dyspozycji, zatem można było kombinować.

Również w sobotę zaliczyłem pierwsze branie i to już dwie godziny od wywózki. Czułem na kiju, że był to naprawdę piękny okaz, ale nie dane było mi go zobaczyć. Niestety przetarła się żyłka tuż za przyponem. Jak się później okazało, powodem tego były liczne racicznice występujące w tym jeziorze. Stwierdziłem jednak, że mówi się trudno i zabrałem się za dalsze łowienie. Niestety do poniedziałku już nic nie wyskubałem. 

W poniedziałek skończyła się moja cierpliwość, zwłaszcza, że obok na stanowisku kolega po fachu wyciągał piękne karpie na brzeg. Postanowiłem wywieźć zestaw na płytszą wodę. I tak zarzuciłem wędki na głębokość ok. 50cm. Miejsce to zasypałem rybnymi smakołykami: Carp Food Hook Pellet o smaku Halibuta i garścią kulek Japońska Kałamarnica. Na haku również zawisł bałwanek: kulka Perfection Hookers 18mm o smaku Kałamarnicy oraz Pop Up 16mm o tym samym aromacie. Nie nęciłem jakoś obficie, bo w zasadzie w ogóle się to nie opłacało. Jeśli do wody wpadało za dużo żarełka, zaraz pojawiały się żółwie, które wszystko wyjadały. Co ciekawe wszystkie świeże kulki musiałem przed wrzuceniem wysuszać na słońcu. Panujący upał sprawił, że woda w jeziorze była na tyle ciepła, że przynęty nie wytrzymywały w niej długo w całości. Suszenie sprawiało, że były one po prostu twardsze.

Wracając jednak do przebiegu zasiadki… Można powiedzieć, że poniedziałek był przełomowy. Zmiana miejscówki przyniosła pierwsze branie już po godzinie od wywózki. Tym razem się udało. Na macie pojawił się pierwszy karp o wadze 14,50kg. Napięcie w tym momencie już zaczęło opadać, a na twarzy pojawił się uśmiech. Uff, coś zaczęło się dziać! Szybkie zdjęcia, rybka do wody i wywózka. Nie minęło 20 minut, a ja znów zacząłem hol. Kilka chwil później już witałem się z następną gąską. Tym razem już większą. Karp miał 17kg!

“No i nie jest źle, idzie w górę” - pomyślałem sobie. Miejsce było w porządku, taktyka nęcenia również. W poniedziałek wieczorem dałem sobie zatem czas na mały chill out, by od wtorku znów zabrać się do pracy.

Chwilę po wywiezieniu zestawu zanotowałem kolejne branie. Podniosłem wędkę i od razu to poczułem - “Będzie coś grubszego, teraz żeby tylko niczego zepsuć”. Hol trwał kilka dobrych chwil, choć wydawało mi się, że trwa całą wieczność. Po bojach i kilku zwrotach akcji, karp wylądował jednak szczęśliwie w podbieraku - “A więc na wagę z nim!”. Jakież było moje zadowolenie, kiedy zobaczyłem dwie magiczne cyferki - mianowicie 2 i 1! 21kg! Moje nowe PB. Ach, spełniło się moje marzenie. Po tych wszystkich bojach, przeżyciach, po prostu spełniło się moje marzenie. Byłem tu! Trzymałem tego karpia i czułem, że szaleję ze szczęścia. Adrenalina cały czas buzowała mi w żyłach. Dostałem kubeł wody na głowę, po czym wypuściłem karpia i zabrałem się za wywózkę.

Taktyka ta sama, miejsce to samo. Zacząłem wywózkę. Jeszcze łódka zanętowa nie spłynęła do brzegu, kiedy zobaczyłem, że wędka daje znać o następnym braniu. Rany! Co tu się dzieje! Podniosłem kij, a tam “chyba” następny olbrzym. Zaczęła się walka. Czułem gdzieś tam zmęczenie w mięśniach, ale emocje nie pozwalały mi odpuścić. Walczyłem, starając się nie popełnić żadnego błędu. Karp był silny, ale w końcu uległ. Spojrzałem w podbierak i nie mogłem uwierzyć - “Czyżby był jeszcze większy?”. Tak, był! 22.80kg! “Czy to się dzieje naprawdę, dwa PB w kilka chwil?”. Nie dowierzałem po prostu. Znów okrzyki radości, zdjęcia i kolejna porcja wody na głowę. Coś niesamowitego! Ogromna radość. Emocje. Wzruszenie.

Po tych pięknych chwilach podpowiedziałem koledze, by również zaczął łowić w tym miejscu. I jemu również się udało. Dorwał pięknego karpia o wadze 25kg i dwa mniejsze w przedziale 15 - 17kg. To miejsce po prostu było “nasze”, choć z początku w ogóle na nie nie stawialiśmy. 

Po tych emocjach nastąpiła cisza, aż do czwartku. W między czasie, organizator zafundował nam imprezę integracyjną ze świniakiem. Mogliśmy chwilę odpocząć, pośmiać się, wymienić doświadczenia. Dowiedzieliśmy się, że wypatrzone przez nas miejsca przed łowieniem, wcale nie były zbyt obfite w brania. Tarło i upały zrobiły swoje. Po kilku godzinach wróciliśmy do swoich stanowisk i kontynuowaliśmy nasz bośniacki, karpiowy sen.

W czwartek znów zmieniłem taktykę. Zestawy przewiozłem w trochę głębsze miejsce (80-90cm) pod drzewa, w boczne rejony zatoki. Zasypałem miejscówki kulkami, tym razem o smaku Ananasowego Soku, w proporcji 1kg kulek na zestaw. Na Ronie Rigu zawisły Pop Upy 16mm również o smaku Ananasa.

Na efekty nie czekałem długo. Po krótkim czasie na mojej macie pojawił się kolejny karp, tym razem z wagą 10kg, a zaraz po nim amur. Ale jaki Amur! Znów nie był to zwykły hol, choć początkowo ryba łatwo szła do brzegu. Kiedy tylko azjata wyczuł płytszą wodę, zaczęła się ostra walka. Nie miał jednak ze mną szans. Byłem tak zdeterminowany i podniesiony na duchu wcześniejszymi sukcesami, że i tutaj nie dałem za wygraną. Amur w końcu wylądował w podbieraku, a ja zacząłem kolejny szał radości. Widziałem jaki jest wielki, czekałem tylko na pomiar wagi, by dowiedzieć się o ile znów pobiłem swój rekord. Ryba ważyła całe 17kg! PB pobite aż o 7kg! Cóż to był za wyjazd. Wynagrodziło mi to wszystkie smutki i problemy. Byłem po prostu zachwycony tym, co się działo! Znów foty, kolejne wiadro na głowę i wielka radość. To było niesamowite.

Na łowisku mieliśmy wędkować do kolejnej soboty, czyli równy tydzień. Ze względu na to, że w piątek zanosiło się na burze, postanowiłem się spakować, by nie mieć mokrych rzeczy. Nie odpuściłem jednak i łowiłem do soboty zupełnie pod chmurką. Jak się okazało - niepotrzebnie, bo już nic nie skusiło się na moje smakołyki. 

Wyjazd był naprawdę niesamowity, prawdziwa nagroda za wszystko, co działo się przez te dwa lata. Osobiście mogę polecić tego typu zorganizowane zasiadki, zwłaszcza karpiarzom, którzy boją się w pojedynkę podróżować za granicę naszego kraju. Tutaj o nic nie trzeba było się martwić, wszystko było świetnie zorganizowane i zaplanowane, do tego pomoc opiekuna w każdej chwili dawała poczucie dużego bezpieczeństwa. Na łowisko musiałem dojechać własnym transportem, jednak okazało się, że koszta wcale nie były tak duże, jak początkowo mi się wydawało. Stwierdziłbym, że porównywalne do tych w kraju.

Ja szykuję się na kolejne wyjazdy, bo przysiągłem sobie, że powrócę na to bośniackie jezioro. Tam spełniły się moje karpiowe marzenia. Przeżyłem wspaniałe chwile i poczułem prawdziwą wędkarską brać, za co dziękuje organizatorom, ale także moim nieocenionym kompanom.

Pozdrawiam serdecznie.

Sławomir Żak