You're currently on:

Wędzisko Phantom XT

Już kilka dni przed planowanym wyjazdem, latałem po domu jak przysłowiowy "kot z pęcherzem" sprawdzając po kilka razy czy wszystko zostało spakowane oraz czy sprzęt jest w pełni sprawny. Dojazd na łowisko zajmuje mi około półtorej godziny, ale nie obyło się bez małych problemów z dojazdem do samego pomostu, gdyż na śliskiej od deszczu grobli auto tańczyło jak na lodzie. W efekcie końcowym docieram na stanowisko około godziny 10-tej. Oczywiście ekspresowe wypakowanie klamotów gdyż za mną już stoją dwa auta czekające w kolejce na przejazd na dalsze stanowiska. Po odstawieniu auta na parking wsiadam na łódkę, aby wstępnie wysondować dno. Niestety, pochmurne niebo, wysoka fala i mętna woda, dość skutecznie utrudniają znalezienie ciekawych miejscówek. Po prawie godzinie udaje się w końcu postawić trzy markery, więc wracam na pomost, aby zająć się rozbijaniem obozowiska, uszykować zanętę i przygotować zestawy.

Fot.1 Fot.1
Fot.2 Fot.2

Od ostatniego wyjazdu mój arsenał wzbogacił się o dwa najnowsze wędziska z serii Phantom XT. Pod kątem łowiska wybrałem jednakową długość 12 stóp, gdyż łowi się tu zarówno z rzutu jak i z wywózki i ta długość wydaje mi się optymalna. Pozwala zarówno wygodnie holować rybę z łodzi jak i zarzucić zestaw na żądaną odległość. Aby jednak przekonać się o wszelkich wadach i zaletach nowego modelu, celowo wybrałem kijki o różnych parametrach rzutowych. Pierwszy to kij o standardowej krzywej ugięcia 3 lbs, oraz drugi nieco mocniejszy - 3,5 lbs. Oba wędziska są bardzo lekkie i starannie wykończone, a ich blanki uzbrojono dobrej jakości przelotkami SiC. Wszystkie modele posiadają matowo-czarne wykończenie, oraz stylistykę, która wyróżnia je na tle produktów innych firm. Nowa wersja tych wędzisk posiada między innymi wzmocniony uchwyt kołowrotka oraz dobrze wyprofilowany dolnik z pianki EVA. Około południa dociera nad wodę kolega Damian. Wspólnie znajdujemy kolejne miejscówki dla jego zestawów i ustalamy taktykę łowienia. Po krótkiej naradzie zapada decyzja, aby dwa zestawy tradycyjnie wywieść daleko od pomostu, a pozostałe cztery uzbroić na „metodę” i tym sposobem czynnie obłowić większą część łowiska. Przygotowujemy więc pastę pelletową, a na włos trafia sztuczna, dipowana kukurydza. Po południu cała bateria wędzisk gotowa jest do walki.

Fot.2a Fot.2a
Fot.2b Fot.2b

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zza chmur wychodzi słońce, robi się ciepło i przyjemnie, a cały pobyt zaczyna zapowiadać się bardzo sympatycznie. Wywozimy dwa zestawy, a pozostałe, z rzutu, umieszczamy w łowisku. Teraz nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na rybki... Nie minęło więcej jak dwie godziny, kiedy mój sygnalizator poskoczył na żyłce i radosnym dźwiękiem poinformował o konieczności podniesienia wędki z tripoda. Pomimo tego, że zestaw leżał nie dalej jak 60 metrów od brzegu, ryba zdążyła „zaparkować” w gęstych roślinach i nie dała się podciągnąć ani o centymetr. W obawie przed jej zerwaniem zluzowałem żyłkę i nie było innego wyjścia jak tylko wsiąść do łódki i z niej spróbować wyholować rybę. Płynąc w kierunku zaczepu nie czułem na wędce żadnego pulsowania. Byłem więc niemal pewny, że ryba spięła się z haczyka. Dopiero będąc tuż nad miejscem, gdzie linka wchodziła pionowo do wody zobaczyłem ogromną kępę zielska w której tkwił mój zestaw. „Nic dziwnego, że się spiął” - mówię do kolegi i powoli zaczynam uwalniać linkę. Już widzę klips z ciężarkiem gdy nagle czuję potężne szarpnięcie, które wyrywa mi żyłkę z ręki, a fontanna wody i mułu wzbija się w powietrze. Na szczęście delikatnie ustawiony hamulec kołowrotka zadział jak należy, a wędka idealnie zamortyzowała nagłą ucieczkę. Karp swobodnie wyszedł na otwartą wodę wybierając kilkanaście metrów żyłki. Najwyraźniej nawet dla niego kępa zielska okazała się zbyt dużą przeszkodą do pokonania, ale gdy tylko poczuł odrobinę swobody, postanowił to wykorzystać. Dalszy hol przebiegał już bez przeszkód i kilka minut później piękny pełnołuski karp ląduje w podbieraku. Po dopłynięciu do brzegu waga pokazała 13,50 kg.

Fot.3 Fot.3
Fot.4 Fot.4

Gratulujemy sobie pierwszej ryby, która po krótkiej sesji zdjęciowej wraca do wody. Postanawiamy przerzucić na nowo wszystkie zestawy z „metodą”. Oklejam więc sprężyny świeżą porcją pasty, dipuję sztuczne ziarna i umieszczam zestawy w łowisku. Tym razem jednak oba zarzucam kilka metrów bliżej brzegu. Tu pierwsze spostrzeżenia odnośnie wędzisk. Łowię nie dalej jak 60-70 metrów od brzegu i znacznie lepiej rzuca mi się wędziskiem 3 lbs. Mam wrażenie, że delikatniejszym wędziskiem lepiej wyczuwam masę całego zestawu, co pozwala mi celnie umieścić zestaw w wybranym miejscu. Żyłka z łatwością ślizga się po przelotkach, a wędka dobrze oddaje energię przy rzucie. Jej idealnie dobrana akcja i znaczny zapas mocy pozwalają z lekkością rzucać nawet ciężkimi zestawami bez obawy o uszkodzenie wędziska. Co prawda sztywniejsza wędka na pewno pozwoliłoby mi na dalsze rzuty, ale w obecnej sytuacji i warunkach nie ma takiej konieczności. Wersję o krzywej 3,5 lbs polecam wiec raczej do łowienia w trudnych warunkach z użyciem zestawów uzbrojonych w siatkę lub worek PVA. Nie minęło nawet pół godziny od ponownego zarzucenia zestawów, gdy znów słyszę mój sygnalizator. Od razu po zacięciu wyprowadzam rybę na otwarta wodę, co pozwala spokojnie doholować ją do brzegu bez konieczności użycia łódki. Karp co prawda próbował kilka razy uciekać w stronę gęstych roślin, jednak sprężysty kij i dokręcony hamulec skutecznie mu te próby uniemożliwiały. Choć optycznie karp wyglądał na większego od swojego poprzednika, to tym razem waga okazuje się dla mnie mniej łaskawa wskazując 12,30 kg. Przyjmuje to jednak za dobry znak, gdyż nasze zestawy z kulkami moczą się bezowocnie od kilku godzin, a ryby zasmakowały w gumowej kukurydzy…

Fot.4a Fot.4a
Fot.5 Fot.5

Zapada zmrok. Na noc zakładamy klasyczne zestawy z kulkami i wywozimy je we wcześniej oznaczone i zanęcone miejscówki. Niestety, w nocy udaje mi się złowić tylko niewielkiego leszcza. O świcie do wody znów wędrują dwa zestawy z „metodą”, lecz tym razem sprężyny oklejam maksymalną ilością pasty. Prawdę mówiąc trochę obawiałem się, czy wędzisko wytrzyma tak duże obciążenie, ale już po kilku minutach było jasne, że nawet znaczne przeciążenie nie stanowi dla niego żadnego problemu. Nie zdążyłem dopić kawy, a już musiałem się zerwać do wędki. Po kilku minutach w podbieraku ląduje niespełna 9-cio kilowy karpik. Wypinając go widzę, że pasta pelletowa nie zdążyła się nawet dobrze rozpuścić. Dla formalności uzupełniam więc koszyk i na chwilę zanurzam ziarna w dipie. Zestaw ląduje w wodzie, a ja wracam do zimnej już kawy. Słońce jak na ta porę roku grzeje coraz mocniej i w południe już nie sposób wysiedzieć na pomoście. Przenosimy się z fotelami na brzeg, gdzie w cieniu delektujemy się smakiem złocistego napoju. Rybom taka pogoda chyba też nie odpowiada, bo do późnego popołudnia na wodzie panuje zupełna cisza, choć dość często przerzucamy nasze zestawy w poszukiwaniu żerujących ryb. Dopiero około godziny 18-tej słyszę znajomy dźwięk.

Fot.6 Fot.6
Fot.6a Fot.6a

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nim dobiegłem do wędki ryba zdążyła wybrać kilka metrów żyłki i tradycyjnie utknęła w zaroślach. Czas więc na powtórkę z rozrywki. Wsiadamy do łódki i płyniemy w jej kierunku ściągając po drodze z żyłki niewyobrażalne ilości zielska, które skutecznie blokowały linkę na szczytowej przelotce. Swoją drogą to zadziwiające, jak w tak krótkim czasie ryba mogła tyle tego nazbierać. Minęło dobre kilkanaście minut zanim dotarliśmy do celu. Nauczony doświadczeniem luzuję hamulec, ale tym razem czuję pulsujący ciężar na wędce, a jednocześnie widzę, jak cała kępa roślin faluje rytmicznie pod powierzchnią. Karp jednak ani myślał łatwo się poddać. Co chwilę odpływał teraz na kilka metrów utrudniając mi oczyszczenie zestawu z zielska. Krążyliśmy więc w kółko kolejne kilkanaście minut zanim udało się zdjąć to wszystko, co uniemożliwiało skuteczne podebranie ryby. W końcu udało się i karp ląduje w podbieraku. Na brzegu widzę, że jest nieco większy niż poprzednie, a waga wskazuje całe 15,70 kg.

Fot.7 Fot.7

Radość podwójna, bo nie dość, że ładna ryba, to w dodatku skusiła się na zwykłą, gumową kukurydzę. Nasze założenie okazało się więc trafne. Ryby zupełnie nie wchodziły w zanęcone miejscówki, a zajadały się jedynie tym, co znalazły na samych roślinach. Pływająca imitacja ziaren na długim przyponie okazała się więc strzałem w dziesiątkę. Tu muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony nowym wędziskiem. Choć ma on lekko progresywną akcję, to jest na tyle elastyczne, że pozwala kontrolować poczynania ryby bez obawy o zerwanie zestawu, a jednocześnie odpowiednio sztywny aby móc zarzucić ciężkim zestawem nawet na znaczną odległość. Łączy więc w sobie zalety zarówno kija rzutowego, jak i wędziska, które dostarczy nam emocji z holu jak typowy parabolik.

Pozdrawiam
Arkadiusz Kaczorowski