You're currently on:

Wędzisko ENFORCER ST

Nie dalej jak tydzień temu zostałem zaproszony przez właściciela nowo otwartego łowiska na kilkudniową zasiadkę. Nie wypadało z takiego zaproszenia nie skorzystać, więc w środowe popołudnie, prosto z pracy jadę nad wodę. Docieram tam późnym popołudniem. (Fot.1) W lekkim pospiechu rozbijam obozowisko (Fot.2) i bardzo pobieżnie sonduję dno w poszukiwaniu atrakcyjnych miejscówek, aby zdążyć przed zmrokiem wywieść zestawy.

Fot.1 Fot.1
Fot.2 Fot.2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co ciekawsze miejsca od razu zasypuję mieszanką pelletu i pokruszonych kulek. Plan zakłada łowienie w nocy z wywózki, a za dnia z rzutu, aby jak najmniej płoszyć ryby. Spływam do brzegu i postanawiam uzbroić do łowienia jeszcze trzeci zestaw, gdyż zachęcony pozytywnym doświadczeniem z poprzedniej wyprawy sprawiłem sobie, do kompletu, wędzisko Tandem Baits z najnowszej serii Enforcer ST. (Fot.3) Z racji łowienia wśród gęstej, podwodnej roślinności, oraz prawdopodobnej konieczności holowania ryb z pontonu, wybrałem model o krzywej ugięcia 3 lbs i długości 12 ft. Już pierwszy kontakt z tą wędką robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Kij wykonany jest na cienkim, smukłym blanku o niewielkiej wadze, a ciemno-matowe wykończenie idealnie komponuje się z nowym kołowrotkiem Invader Ultra Black.

Fot.3 Fot.3
Fot.4 Fot.4

Tradycyjnie chwila zawahania, co założyć na włos, ale już po kilkunastu minutach zestawy są gotowe do wywózki. (Fot.4) Mój pośpiech się jednak nie opłacił, gdyż przez całą noc ani jeden sygnalizator nie wydał z siebie nawet najsłabszego dźwięku. Bardzo wczesnym rankiem wskakuję więc do pontonu aby nadrobić wczorajsze zaległości. Po godzinie pływania typuję cztery miejscówki, które są znacznie ciekawsze od tych wczorajszych. Dziś nie ma miejsca na przypadek i improwizację. Aby mieć pewność, że zestawy nie ugrzęzną w zielsku, na koniec każdego haczyka zakładam po dwie pianki pva. Nadszedł więc czas wypróbować możliwości rzutowe nowego wędziska. Aby wyczuć kij, rzucam kilka razy samym ołowiem, celując w zanęcone miejsce oddalone od brzegu o jakieś 70 metrów. (Fot.5, Fot.6, Fot 7) Pozwoli mi to gotowy już zestaw posłać jak najbliżej celu. Wędzisko, choć sprawia wrażenie miękkiego, ma progresywną, szczytową akcję, dzięki czemu nie trzeba dużej siły, aby osiągnąć zamierzony cel. Wędka znakomicie pracuje już pod obciążeniem 80 gram i taki też ciężarek zakładam do łowienia. Nie muszę rzucać daleko, więc lekkie obciążenie będzie idealne, aby nie zagrzebać przynęty w zielsku. (Fot. 8)

Fot.5 Fot.5
Fot.6 Fot.6

 

Fot.7 Fot.7

 

Fot.8 Fot.8

Zestawy umieszczone w łowisku, więc czas na poranną kawę. Spoglądam na zegarek – jest godzina 8:30. Pomimo tak wczesnej pory słońce grzeje już niemiłosiernie i nie mam mowy o dalszym siedzeniu w namiocie, który w środku zaczyna przypominać saunę. Już miałem sięgnąć po kubek, gdy sygnalizator „piknął” nerwowo dwa razy i …cisza. Spojrzałem tylko w stronę wody i zobaczyłem, że kępa trzcin przy której zarzuciłem zestaw kołysze się na wodzie. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że wiatru w ogóle nie było, a powierzchnia wody była gładka jak lustro. Nie miałem już wątpliwości, że „goście” ucztują przy zastawionym stole. Dopijałem już kawę gdy widzę jak swinger delikatnie się uniósł, aby w ułamku sekundy „przykleić” się do kija i przy głośnym akompaniamencie sygnalizatora zaczął podskakiwać rytmicznie. Podnoszę kij i… siedzi!

Fot.9 Fot.9
Fot.10 Fot.10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wędzisko wygina się pod ciężarem ryby, która jak gdyby nigdy nic, wysnuwa plecionkę z kołowrotka i sunie prosto w gęste zarośla. (Fot.9, Fot.10) Dokręcam hamulec i próbuję zatrzymać szarżującego karpia zanim „zaparkuje” w trzcinach. Wędka świetnie amortyzuje krótkie i nerwowe szarpnięcia, a ryba na szczęście zawraca na czystą wodę. Po kilku minutach pozwala podciągnąć się bliżej brzegu, gdzie już czeka na nią zanurzony w wodzie podbierak. Pierwsze podejście chybione, ale za drugim razem udaje się karpia podebrać. (Fot.11)

 

Fot.11 Fot.11
Fot.12 Fot.12

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Waga po wytarowaniu pokazuje 10,50 kg, więc całkiem fajny wynik jak na początek. Poprosiłem kolegów stojących za plecami o zrobienie kilku zdjęć i po krótkiej sesji ryba wraca do wody. (Fot.12) Zarzucam zestaw ponownie, ale z uwagi na żar lejący się z nieba nawet nie spodziewam się jakichkolwiek brań. Okazuje się jednak, że przy tej pogodzie świetnie żerują mniejsze karpie i średnio co 2-3 godziny na macie lądowały sztuki w granicach 5-6 kg. Choć zabawa była przednia, łowienie w tych warunkach nie należało do najprzyjemniejszych. Temperatura oscylowała w granicach 35 stopni w cieniu, a do tego dochodziły wyjątkowo dokuczliwe końskie muchy, które skutecznie potrafiły wyprowadzić człowieka z równowagi. Z ulgą więc powitałem nadchodzący wieczór, kiedy to przyjemny cień zawitał nad wodę, a miejsce much zajęły lekko natrętne komary. Postanowiłem na noc wywieść nowe zestawy i jednocześnie dokładnie donęcić miejscówki grubszym pelletem i całymi kulkami. Chciałem odpocząć trochę po tym upalnym dniu i nie bardzo miałem ochotę holować w nocy karpiki po 5 kg. Założyłem też większe przynęty i z ulgą zająłem leżące miejsce w namiocie.

Fot.13 Fot.13
Fot.14 Fot.14

Wstaję znów skoro świt. Przez całą noc ani brania. Trochę zdziwiony takim obrotem sprawy sprawdzam, czy z sygnalizatorami wszystko ok, gdyż miejscówki zanęcone, a zestawy były idealnie położone. Cóż, wygląda na to, że ryby w nocy też śpią. Postanawiam więc nie ruszać wędek. Jednak około godziny 10-tej sygnalizator zaczyna piszczeć. Pewnie kolejna „piątka” pomyślałem, gdyż w taką pogodę nie spodziewałem się raczej niczego większego i podniosłem kij do góry. W tym momencie poczułem, że po drugiej stronie „wisi” coś znacznie większego. Wędka wygina się miękko pod zrywami ryby, która próbując pozbyć się haczyka, szoruje pyskiem po zarośniętym dnie. Pomimo dość mocno dokręconego hamulca udaje jej się zaplątać w trzciny. W obawie przed stratą zdobyczy luzuje delikatnie linkę i jednocześnie wkładam podbierak do pontonu. Już mam do niego wsiąść gdy czuję, że ryba „wychodzi” na otwartą wodę i kieruje się prosto w zarośla po drugiej stronie łowiska. Gdy w nie wejdzie, strata ryby będzie gwarantowana. Muszę ja zatrzymać - pomyślałem i jeszcze mocniej dokręciłem hamulec. Akcja kija idealnie współgra z napiętą plecionką zapewniając mi stały kontakt z rybą. Mogę dzięki temu kontrolować jej poczynania, a spory zapas mocy w dolniku pozwala na komfortowy hol. (Fot. 13, Fot.14) Po około 15 minutach ryba powoli zbliża się do brzegu. Jeszcze tylko kilka niegroźnych zrywów i okazała zdobycz ląduje w podbieraku.

Fot.15 Fot.15
Fot.16 Fot.16

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Waga wskazuje 13,40 kg. i choć karp ten dostarczył mi wielu niezapomnianych emocji w czasie holu, to po sposobie walki, spodziewałem się trochę cięższego osobnika. Z uwagi na panujący upał sesję zdjęciową przeprowadzamy w wodzie, aby niepotrzebnie nie narażać ryby. Mam więc znakomitą okazję na kilka zdjęć z karpiem, ale tym razem w jego naturalnym środowisku. Jak fajne jest to uczucie wie zapewne każdy, kto w pełni szanuje swojego „przeciwnika” i dba o jego bezpieczeństwo na brzegu. (Fot.15, Fot.16, Fot.17) Teraz przerzucam wszystkie zestawy i idę porozmawiać z wędkarzami z sąsiedniej miejscówki. Do popołudnia kompletna cisza. Dopiero około godziny 15-tej wyciągam 6-cio kilowego karpika, a do wieczora mam jeszcze dwa mniejsze. W pewnym momencie następuje branie inne niż wszystkie. Żadnego odjazdu tylko krótkie, pojedyncze szarpnięcia, jakby biorąca ryba była zbyt mała, aby przesunąć leżący na dnie ciężarek. Po kilku minutach postanowiłem sprawdzić, co tak wystawia na próbę moją cierpliwość. Dokręciłem szpulę i uniosłem kij w górę. W tym momencie nastąpiła dosłownie „eksplozja”! Coś z ogromną siłą zakotłowało się w wodzie, wzburzając dookoła kłęby zielska i mułu. Zanim zdążyłem się zorientować w sytuacji, poczułem luz na lince… Za lekko zacięty - pomyślałem sobie i zwinąłem zestaw.

Fot.17 Fot.17
Fot.18 Fot.18

Dopiero na brzegu wszystko mi się wyjaśniło. Przypon przecięty był w połowie długości. Po tej przygodzie ryby odmówiły dalszej współpracy. Z uwagi na to, oraz na panujący upał, następnego ranka zwijam się do domu. Cieszy mnie fakt, że dopisały zarówno ryby, jak i sprzęt, który nie zawiódł mnie w czasie swojego pierwszego pobytu nad wodą. Mam nadzieję, że wkrótce będę miał okazję ponownie zapolować na tej wodzie i być może dowiem się, jak duża była ryba, która połamała mój haczyk. (Fot.18)

Pozdrawiam

Arkadiusz Kaczorowski