You're currently on:

Powrót do przeszłości

Wydarzenia jakie miały miejsce z mojej ostatniej tygodniowej zasiadki, prawie po 15 latach wspaniałej przygody z karpiarstwem, zmusiły mnie do pewnych refleksji i podsumowań danego okresu. Choć pasja łowienia ryb tkwiła we mnie od dzieciństwa, to jednak mój ukochany Dziadziuś zawsze chciał, bym został myśliwym. Pomimo jego uporu, uciekałem w kierunku wody i wszystkiemu, co z tym związane. Moje pierwsze kroki, a raczej kroczki, w kierunku łowienia karpi, stawiałem w roku 2000, kiedy to z moim serdecznym przyjacielem, Andrzejem Gronkowskim, zaczynaliśmy pierwsze zasiadki.

Pochodzę z miejscowości Jarosław, leżącym w województwie podkarpackim. W tamtejszych rejonach karpiarstwo nie było nazbyt rozwinięte w owych latach. Ograniczony dostępu do jakichkolwiek informacji związanych z łowieniem karpi, nie wspominając o braku możliwości zakupu podstawowych klamotów profesjonalnego karpiarza. Pamiętam chwile, gdy siedząc przy czasopiśmie: „Wiadomości Wędkarskie” oraz czytając artykuły Przemka Mroczka, marzyliśmy z Andrzejem o kołowrotkach typu: Big pit. Natomiast o kulkach proteinowych wiedzieliśmy tylko tyle, że są okrągłe, zakłada się je na włos (co też do końca jeszcze nie było dla nas zrozumiałe) oraz, że za ich pomocą łowi się karpie. W miejscowym sklepie wędkarskim, oferta skierowana dla karpiarzy była bardzo uboga. Dostępny był tylko jeden rodzaj kulek, niewiadomego pochodzenia, niewiadomego producenta, spakowanych w workach pięćdziesięciokilogramowych, wysuszone na kamień, w dwóch wersjach zapachowych: wanilia i truskawka. Jak to jednak w życiu bywa, w poszukiwaniu „lepszej przyszłości”, w 2003 roku przeprowadziłem się do Poznania.

Ku mojemu zdziwieniu a zarazem wielkiej radości, okazało się, że jak na tamte czasy stolica wielkopolski okazała się być dla mnie „rajem karpiowym”. Poznałem masę wspaniałych ludzi, ze sporym bagażem doświadczeń i ogromną wiedzą w tej dziedzinie. Nareszcie namacalnie mogłem poczuć produkty dobrej jakości, skierowane tylko dla Nas. W tamtych czasach, na rynku polskim istniały praktycznie tylko trzy firmy z ofertą sprzętu karpiowego, w tym jedna rodzima, a mianowicie Tandem Baits. I to głównie na te produkty łowiłem w tamtych czasach.

Pamiętam jak wspaniałe wyniki miałem na moje ulubione kulki: wątroba & scopex, które nazywałem „plowami”, ponieważ po otwarciu opakowania pachniały jak w pomieszczeniu stolarni. Karpie jednak je uwielbiały i to było najistotniejsze. Kolejne kultowe już kulki to wersja: impact krab & banan, również uwielbiana prze ze mnie do dzisiaj. I nadeszła „era szału” na angielskie marki, która trwała bardzo długo, doprowadzając mnie do swojego rodzaju stagnacji, o której uświadomiłem sobie dopiero w ostatnim okresie. Wiosną tego roku wybrałem się nad jedną z wód pomorza, gdzie miałem przyjemność poznać Tomka Wasilewskiego. Przez kilka dni spędzonych nad wodą mieliśmy okazję porozmawiać na tematy czysto prywatne zupełnie nie związane z karpiami, ale i sporo czasu (jak to na zasiadkach bywa) spędziliśmy na rozmowach o Naszej pasji. I tu, po powrocie z bardzo owocnego wyjazdu coś mnie tchnęło.

Zadałem sobie pytanie: „Dlaczego tak daleko odbiegłem od Naszych rodzimych firm, które dawały mi lata temu tyle radości z wyholowanych ryb? Uświadomiłem sobie również, że tak naprawdę moje „życiówki” ( po za jednym przypadkiem), złowiłem właśnie na kulki Tandem Baits. Może to przypadek, bo dobrze wiem, że najlepsza przynęta w nieodpowiednim miejscu i w złych warunkach i tak nie zda egzaminu, choćby miała śpiewać serenady karpiom. Ale nie mogę też wykluczyć danej analizy. Na przełomie czerwca i lipca 2015 roku, wybrałem się na zaplanowany, tygodniowy wyjazd nad Jezioro Krążno na kaszubach. Po dotarciu na stanowisko, mym oczom ukazała się przepiękna, polodowcowa woda, która w chwilach nasłonecznienia wpadała w błękitno-zielony lazurowy kolor.

Po przeprowadzonej rozmowie z właścicielem łowiska, Tomkiem (tak na marginesie w moim odczuci rewelacyjny facet), rozpocząłem swoją przygodę z nieznaną mi dotąd wodą, kryjącą wiele wspaniałych ryb. Początek zasiadki dał mi sowicie popalić. Burze nie pozwalały mi na rozbicie obozowiska a o sondowaniu wody nie było nawet mowy. Mając czas, zacząłem wstępnie przyjmować taktykę, która miała za zadanie obłowienia jak największego rejonu wody przynależącego do mojego stanowiska. Trzy zestawy, trzy różne miejsca i specyfikacje dna. Pozyskałem również pewne informacje na temat stosownych sposobów łowienia na tej wodzie, przez stałych bywalców. Jednakże jestem osobą lubiącą próbować nowych rzeczy i staram się unikać utartych już stereotypów. Miejscowi karpiarze, co do mojej taktyki przekonani nie byli, delikatnie dając do zrozumienia, że w ten sposób jeszcze nikt tu nie łowił. Strasznie spodobało mi się również sformułowanie jakiego używali: „ Dane stanowisko nie pracuje”( w pozytywnym tego słowa znaczeniu ). I właśnie do takich należało moje, o numerze 5. Przez pierwsze trzy dni siedziałem bez żadnego brania. Stanowisko obok zasiadywał Grzegorz, tester jednej z firm polskich. Sąsiad przedstawił mi całą ofertę dipów, boosterów, liqudów, pelletów i oczywiście kulek proteinowych. Szczerze przyznam, że niektóre bardzo przypadły mi do gustu. Tego też dnia Grzegorz złowił dwa piękne golce, 23.600 kg i 13.500 kg - właśnie na kulki testowe. Ja nadal siedziałem bez brania. Do zakończenia zasiadki pozostały tylko trzy doby. W środę dojechała do mnie moja dziewczyna, Kamila. Opowiedziałem jej co się działo przez te parę dni. Brania ogólnie były sporadyczne na całej wodzie, jednak jak już coś uderzyło, to była to najczęściej duża ryba. Wiedziałem również, że karpie akurat były przed tarłem, być może właśnie już się gdzieś grupowały? Lista pytań w mojej głowie się zwiększała, morale opadły.

Mam jednak wspaniałą kobietę, która zawsze potrafi zmotywować mnie do działania. Przeanalizowałem wówczas co się działo na wodzie od momentu kiedy przyjechałem oraz jakie nastały w tym czasie zmiany. Od rozpoczęcia zasiadki przez pierwsze dwa dni (podczas sondowania) większe ryby znajdowały się przy dnie. Natomiast kolejne dni to dni narastających temperatur i delikatnego podnoszenia się ciśnienia. Echosonda pokazywała ryby zarówno rano, w południe jak i późnym wieczorem, w toni ok 2-2.5 metra pod taflą wody. Zig rig w dzień nie przyniósł mi ryby. Mogło to wynikać z faktu, iż dopiero „raczkuję” w zigrig’owaniu. Dotarła do mnie również myśl o tym, że kolega obok łowi na nasze rodzime przynęty, mając wyniki. Wyciągnąłem wówczas ze swojej torby kilka paczek kulek TB. Zacząłem robić zestawy.

Wówczas Kamila, powiedziała, że chce wybrać kuleczki na jeden zestaw. Zgodziłem się, nie mając już nic do stracenia. Wybór padł na kulki Carp Food Perfection Pop up Scopex&Wątroba 18mm plus kulka Superfeed Kałamarnica&Pomarańcza 18mm. Zestaw, ze względu na podnoszące się ciśnienie i ryby w toni, postanowiłem podnieść na noc na miękkim przyponie. I tak umieściłem go na głębokości około 8.5 metra, w rowie, pomiędzy spadkiem wynikającym z brzegu jeziora a podwodną wyspą, która tworzy swego rodzaju równy blat o szerokości około 4-5 metrów. Zestaw zasypałem 2 kilogramami kulek Superfeed Kałamarnica&Pomarańcza 18 mm.

Mijały kolejne godziny i zbliżała się ostatnia noc wyjazdu. Aktywności ryb nie było widać. Ustały barania na całej wodzie, które i tak były sporadyczne przez cały tydzień. Pogodzony, lecz pełen optymizmu położyłem się spać (tym razem na świeżym powietrzu). Po spokojnej nocy Kamila udała się do lasu na jagody. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nagle odezwał się sygnalizator z pojedynczym „pi” na centralce. Pomyślałem sobie, że napływające wysepki zielska, odrywającego się od dna, ocierają się o żyłki. Po chwili usłyszałem kolejny, pojedynczy dźwięk. Z doświadczenia wiem, że takiej sytuacji już nie wolno lekceważyć. Natychmiast wstałem z łóżka i zauważyłem naginającą się szczytówkę wędziska.

Mam delikatny odjazd podnoszę wędkę i jest!!! W początkowej fazie holu miałem wrażenie że mam małą rybę, ale ten fakt wynikał że część mojej żyłki znajdowała się pod roślinnością wysokości około 2 metry, która obrastała stok. Uświadomiłem sobie że mój kontakt z rybą jest kiepski i będę miał spore problemy z jej wyholowaniem. Po około 5 minutach miałem już rybę blisko podbieraka, jednakże roślinność, która oplatała zestaw końcowy nie pozwalała mi realnie ocenić wielkości ryby na haku. Dosłownie przed samym podbierakiem wyłoniło się potężne cielsko, delikatnie przewalając się przede mną. Nogi miałem jak „z waty” a ręce trzęsły mi się bez opamiętania. Kolejny problem pojawił się, gdy zauważyłem, że karp jest zapięty na luźnym przyponie, tuż za porostami. Znałem doskonale sytuacje tego typu z innych wód, gdzie karpie, w momencie luzu, potrafiły wypiąć się poprzez potrząsanie łepkami. Dotarła do mnie myśl, że mam tylko jedną szansę. Tylko jedno podejście przy podebraniu. Na granicy wytrzymałości zestawu (myślę, że i nawet wędziska) wciągnąłem rybę do podbieraka.

Wraz z nią ogromne ilości roślinności zatem nadal nie widziałem wielkości karpia. Po chwili walki z wodorostami, ku mojej uciesze, ukazała się „bestia”. Wiedziałem już, że złowiłem swój nowy Personal Best, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że złowiłem Berrego, prawdopodobnie największego mieszkańca tej wody!!! Byłem sam na stanowisku więc postanowiłem na chwilę schować rybę do worka, by móc podejść do sąsiadów po pomoc. Oznajmiłem im, że wyholowałem karpia, w moim odczuciu 20+. Podczas wyciągania ryby z worka, na macie ukazał się Nam potężny golec, a miejscowy kolega Mariusz, oznajmił Nam, że jest to prawdopodobnie Berry. Rozpoznał go po charakterystycznej łusce przy skrzelach.

Zamarłem. Wiedziałem, że ten sam karp został złowiony miesiąc wcześniej i ważył 29.300 kg. Oficjalne ważenie karpia ukazuje 32 kilogramy z workiem. Po odjęciu 1.6 kg wagi worka, ważył 30.400 kg!!! Nie potrafię nawet opisać, co wtedy czułem. Ogromne emocje przeplatające się z dozą radości, niedowierzania, braku świadomości co się wydarzyło. W momencie kiedy piszę ten artykuł, nadal nie dociera do mnie, że złowiłem ponad 30 kg karpia, na polskiej wodzie i w dodatku na polskie kulki!!!

Na koniec jeszcze pragnę Wam powiedzieć, że było to jedyne branie na tej zasiadce! Możecie powiedzieć fart, „szczęście głupiego”, ale ja wiem, że była to dobrze przemyślana taktyka, odpowiedni moment, miejsce i przynęta. Ja już dzisiaj wiem że marzenia się spełniają a powrót do przeszłości i kulek Tandem Baits dały mi Rybę Życia. Czego i Wam życzę z całego serca!!!

Pozdrawiam Arkadiusz „Kasza” Kaszycki