You're currently on:

Noc cudów

Długi weekend, w końcu na kilka dni mogę się wyrwać z domu. Zapomnieć o całym świecie  i zająć się tym co najbardziej lubię. Nawet beznadziejna pogoda nie jest mnie w stanie zatrzymać. Po kilku godzinach przygotowań wyjeżdżam zapakowany po sufit. Na łowisku jestem koło południa. Od razu rzuca mi się w oczy wyjątkowo niski stan wody i duża jak na początek maja ilość zielska. Podwodne wyspy pełne powalonych drzew, gdzie zamierzałem wędkować, są prawie pozbawione wody. Na dodatek dwa najciekawsze wypłycenia są zajęte przez mojego kolegę. Taka sytuacja zmusza mnie do łowienia w zupełnie nowej, nieznanej mi części zbiornika. Po kilku godzinach pływania miejsca są wreszcie wysondowane.
Moim pierwszym łowiskiem jest pełen powalonych drzew, sąsiadujący z wyspą blat, znajdujący się na głębokości 2 metrów. Jeżeli to możliwe wybieram łowisko tak, aby miejsce, w którym nęcę i kładę zestawy, było pozbawione spadów. Drobnica w krótkim czasie potrafi zepchać nawet duże ciężkie kulki po stoku. Karpie często zjadają zanętę, która się zsunęła, a branie na zestaw leżący kilka metrów powyżej jest dziełem przypadku.

page_gallery_495e4e07798c3_maksTym razem miałem do dyspozycji około półtora metra w miarę płaskiego, lekko zamulonego blatu. Kawałek dalej zaczynał się stromy spad schodzący aż do 7 metrów.
Drugim łowiskiem było wyjście z małej zatoczki. Pośród „lasu” roślinności znalazłem jakby ścieżki, w których było mniej zielska. W niektórych miejscach spod cienkiej warstwy moczarki prześwitywały skrawki piaszczystego dna. Głębokość wynosiła około półtora metra. W obu łowiskach zastosowałem inną taktykę. Pierwsze zanęciłem punktowo małą ilością kulek, w drugim użyłem więcej zanęty. Oprócz kulek i hook pelletu rozsypałem po zielsku kilka garści drobnego fish pelletu. W związku z tym, że oba łowiska były znacznie oddalone od brzegu i sąsiadowały z twardymi zaczepami, zdecydowałem się na użycie plecionki. Dzięki jej małej rozciągliwości możliwa jest natychmiastowa sygnalizacja brania, i już w początkowej fazie holu można kontrolować rybę.

page_gallery_495e4e19b8e8c_maksW ciągu pierwszej doby, poza dwoma pełnymi tarłowej wysypki leszczami, z miejsca pod wyspą, nic się nie wydarzyło. W godzinach południowych, gdy słońce sięgnęło zenitu, postanowiłem popływać pontonem i spróbować zlokalizować karpie. Przy okazji zamierzałem sprawdzić czy ryby wyjadły zanętę. W łowisku, w którym złowiłem w nocy dwa leszcze leżało kilkanaście nie zjedzonych kulek. Po dopłynięciu w okolice drugiego markera, z odległości kilku metrów, zauważyłem dużą jasną plamę. Dno mojego łowiska było jakby wymiecione ze wszystkiego, co na nim zalegało. Oczywiście cała zanęta była wyjedzona. Po pewnym czasie udało mi się zlokalizować w zielsku mój zestaw. Niestety, takie jest ryzyko łowienia w gęstwinie podwodnej roślinności. Podczas żerowania, ryby prawdopodobnie przesunęły neutralnie wyważoną przynętę, a haczyk zaczepił się o moczarkę. W tej sytuacji moje szanse na branie były znikome. Do wieczora zostało jeszcze dużo czasu, więc obserwowałem powierzchnię wody, wolno dryfując. Gdyby nie kilka udanych wyjazdów jesienią zeszłego roku, mógłbym uwierzyć, że nie ma tu karpi.

page_gallery_495e4e296ba20_maksTrochę zrezygnowany postanowiłem opłynąć jeszcze wschodnią wąską odnogę i zakończyć tą męczarnię, bo słońce dawało się we znaki. W końcówce zbiornika, pod samą powierzchnią stało kilka wielkich tołpyg i stado kilkukilowych amurków. Kurcze, skoro one tu są, to może i karpie zgrupowały się w tym miejscu. Po jakimś czasie zauważyłem pierwszego karpia. To mi wystarczyło!
Jeżeli uda mi się zlokalizować ryby w innym miejscu niż łowię, z reguły wywożę tam jeden z zestawów. Oczywiście odpuściłem sobie miejsce gdzie „wieszały” mi się leszcze. W związku z tym, że ryby nieszczególnie żerowały, zanęciłem tylko kilkunastoma kulkami. Zestaw wywiozłem pod zwisające nad wodę drzewo, na głębokości około półtora metra. Kilkanaście metrów w lewo od mojego łowiska w wodzie leżały dwa wielkie konary starych dębów, zastosowałem więc dwudziestometrowy odcinek asekuracyjny z żyłki Mono Snag o średnicy 0,55 mm (w najcięższych warunkach można zastosować nawet 0,88 mm). Tak gruby materiał nie klinuje się w kolkach i nie wrzyna w korę leżących w wodzie drzew. Po dopłynięciu do ryby, która ugrzęzła w zaczepach, zdecydowanie łatwiej ją z nich odczepić. Ponadto strzałówka jest dla walczącego karpia amortyzatorem, i zmniejsza ryzyko rozerwania pyska, co przy użyciu samej plecionki często się zdarza.

page_gallery_495e4e35ea733_maksWieczorem około 21.00 miałem branie z nowego miejsca. Pomimo natychmiastowej reakcji i naprawdę siłowego holu, poczułem jak moja plecionka trze po jakiejś przeszkodzie. Po chwili pulsujący ciężar po drugiej stronie wędki zamienił się w jednostajny opór. Mogło to oznaczać tylko jedno - ryba jakimś cudem wpłynęła w leżące w wodzie drzewa. Jedyną słuszną decyzją w tej sytuacji było kontynuowanie holu z łódki. Po dopłynięciu do zaczepu poczułem kilka „kopnięć”, na szczęście po drugiej stronie ciągle była ryba. Okazało się jednak, że wpłynęła w zaczep na głębokości kilku metrów, więc próby odczepiania jej spełzły na niczym. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to dać jej trochę luzu i poczekać na jakiś ruch z jej strony. Po kilkunastu sekundach poczułem szarpnięcie i ryba wyskoczyła z zaczepu w kierunku otwartej wody. Po kolejnych kilku minutach holu wpakowałem grubasa do podbieraka i popłynęliśmy w kierunku brzegu. Trochę z przeszkodami, ale mój pierwszy w tym roku karp w końcu trafił na matę. Wskazówka wytarowanej wagi zatrzymała się na 15,2 kg. Ryba powędrował do worka, a my udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Nazajutrz podczas robienia zdjęć okazało się, że w worku oprócz ryby znajduje się kilkadziesiąt małych ślimaków. Myślę, że oprócz pogody był to zasadniczy powód, dla którego od dwóch dni mieliśmy tylko jedno branie.

page_gallery_495e4e40c332c_maksTaki stan rzeczy wymusił zastosowanie trochę innej taktyki. W okresach występowania dużej ilości naturalnego pokarmu dobrym sposobem jest podrzucenie rybom kilku smakowitych kąsków w okolice ich żerowisk, a nie zasypywanie łowiska jedzeniem, którego i tak w wodzie jest pod dostatkiem. Ograniczyłem zanętę do kilku kulek i garstki pelletu w worku PVA, który dodatkowo napełniłem dipem. Jest to bardzo skuteczny sposób na słabo żerujące ryby. Płynne rozpuszczalne w wodzie aromaty wyjątkowo szybko wabią karpie, nawet z dużych odległości. Natomiast przynęta podana na kupce zanęty jest nawet dla najedzonych ryb wyjątkowo prowokującym kąskiem. Pomimo naszych starań, kolejna doba nie przyniosła ani jednego brania. Tylko cud, albo zapowiadana na jutro zmiana pogody mogła zmienić niekorzystny stan rzeczy. Wieczorem zachmurzyło się i zaczął dmuchać naprawdę silny wiatr. Podjąłem desperacką próbę wywiezienia zestawów. Podczas układania jednego zestawu w ścieżce pomiędzy zielskiem przechyliłem się na jedną stronę, a silny podmuch wiatru przewrócił mój ponton.

page_gallery_495e4e4e26f78_maksPrzymusowa kąpiel w szesnastostopniowej wodzie nie należy do przyjemności. Z niemałym trudem wygramoliłem się w nasiąkniętych wodą ciuchach do pontonu i wróciłem na brzeg. Drugi zestaw wywiozłem dopiero po zachodzie słońca jak wiatr trochę zelżał. Około pierwszej w nocy miałem branie z łowiska znajdującego się na wejściu do zatoki. Pomimo dużej odległości i naprawdę mocno dokręconego hamulca kołowrotka, ryba jednostajnie, ale z siłą nie znoszącą sprzeciwów zaczęła wybierać plecionkę z kołowrotka. Po kilkudziesięciu metrach w końcu udało mi się ją zatrzymać. Przez kwadrans karp praktycznie robił, co chciał, i nie było mowy o podholowaniu go do brzegu. W pewnym momencie zacząłem nawet podejrzewać, że mam do czynienia z sumem. Zawsze marzyłem o rybie, która zafunduje mi takie emocje, ale tej już miałem naprawdę dosyć. W końcu po około 20 minutach „przeciągania liny” była pod brzegiem. Przez chwilę w świetle czołowej latarki zobaczyłem metrowy wrzecionowaty kształt. Zrobiło mi się naprawdę gorąco! Karp nie chciał się poddać i odjechał jeszcze parę razy po kilkanaście metrów, zanim udał mi się go podebrać. Jeszcze chwila niepewności i jest pierwsza w tym roku dwudziestka, dokładnie 21 kg, a więc oczko!  Pełnia szczęścia i nadmiar emocji spowodowały, że odpuściłem sobie wywożenia zestawu. Odstawiłem wędkę na stojak i poszedłem spać. Po półtorej godzinie obudził mnie sygnalizator wędki wywiezionej pod drzewo.

page_gallery_495e4e66ce889_maksW związku z tym, że branie było w kierunku brzegu szybko zlikwidowałem luz, aby nawiązać kontakt z rybą. Na początku wydawało się, że holuję parokilowego karpika. Mniej więcej w połowie odległości ryba przymurowała i zaczęła stawiać wyraźnie większy opór. Już wtedy zorientowałem się, że mam do czynienia z dużo większą niż sądziłem rybą. W przeciwieństwie do swojego poprzednika karp bez większych problemów dał się doholować do brzegu i jakby zaskoczony sytuacją, zupełnie bez walki dał się podebrać. Dopiero przy próbie wyjęcia podbieraka z wody okazało się, że jest niewiele mniejszy od jego poprzednika. Nie mogłem uwierzyć w to co się stało - dwie wielkie ryby w jedną noc. Jeszcze parę godzin temu nawet o tym nie marzyłem.
Podczas tego wyjazdu nęciłem kulkami wykonanymi według następującej receptury:
- 1kg miksu TB Natural Food,
- 50 g Hot Blend,
- 10 g BSS  Hot Spice
- 20 ml Hi-Attract Bio Impuls
- 10ml Flavour Tasty Meat
- 5 ml Impact Flavour Mega Korzenny
- 20 ml oleju rybnego
- Łyżka stołowa soli
Kombinacja miksu o profilu mięsnym przyprawionego ostrą papryką jest moim faworytem na wiosenne wyjazdy. Szczególnie dobrze działa przy temperaturach wody w przedziale 12-18 stopni. Wszystkie ryby złowiłem na grzybka wykonanego z kulki zanętowej i pływaka Tasty Meat moczonego kilka minut w dipie o tym samym zapachu.
Przynętę wyważyłem w taki sposób, aby tonęła dopiero pod ciężarem haczyka. W praktyce wyglądało to tak, że kulka unosiła się na włosie nad leżącym na dnie haczykiem.

Tomasz Wasilewski

Dodaj komentarz