You're currently on:

Diabelska skuteczność

Każdorazowo po skutecznej, czyli zakończonej wyholowaniem karpia zasiadce, zadaję sobie pytanie, dlaczego właściwie wziął? Każdy z karpiarzy ma na to swoją koronną teorię i w większości przypadków, nie skupia się ona na przynęcie samej w sobie. Tak jest także w moim przypadku. Choć nie całkowicie… Rozwijając powyższą myśl, chciałbym opowiedzieć Wam o moim ostatnim wyjeździe wraz z kolegą na zbiornik Nowaki. Po przyjeździe nad wodę zastały nas nie najlepsze informacje – biorą bardzo słabo, w dodatku ryby nie przekraczające 10kg. Koledzy siedzący bliżej płytkiej zatoki w końcu zbiornika, opowiadali o kotłujących się rybach, które absolutnie nie interesują się przynętami podkładanymi pod nos…

Mając do dyspozycji 6 kijów postanawiamy łowić właściwie na całej szerokości zbiornika, mając nadzieję, że natrafimy na ścieżkę mimo wszystko przemieszczających się ryb. Łowimy płytko, głęboko, blisko, daleko, po środku i przy trzcinach – noc z piątku na sobotę nie daje nam jednak ryby. Jest źle. Źle ponieważ nie mamy ryby, jednak nadzieję budzi coraz silniej wiejący zachodni wiatr, który w naszej opinii musi ruszyć ryby – trzymamy kciuki aby wiał nieprzerwanie. Pewni swojej strategii, nie ruszamy naszych zestawów do późnego popołudnia. Szczęśliwie wiatr nie tylko nie przestawał wiać – przeciwnie – wzmagał się wprost proporcjonalnie do naszego optymizmu. W okolicach godziny 16, dało się zauważyć coraz śmielsze spławy, także w okolicach naszych zestawów oraz pojedyncze piknięcia sygnalizatorów, które w mojej opinii świadczyły o pojawieniu się ryb w łowiskach – brania jednak nie następowały. Nasze zestawy zostały przewiezione i donęcone – ostatni z nich powędrował do wody już na szarówkę.

Entuzjazm spadł, kiedy 5 minut po wywiezieniu ostatniego zestawu na jednej z wędek zameldował się szakal – leszcz może dałby radość na delikatnym feederze jednak perspektywa kolejnej wywózki przy tak silnym wietrze skutecznie działała na i tak już nadwyrężone nerwy. Sytuacja pogorszyła się, kiedy w kolejne 5 minut po wywiezieniu zestawu, na innej wędce, swinger opadł zwiastując kolejnego niechcianego amatora naszej zanęty. Tym razem jednak kij wygiął się mocno, drgnął dwukrotnie po czym moim oczom ukazała się piekielnie rozczarowana mina Krzyśka gdy ryba puściła przynętę. Spadł. Pierwszy, najprawdopodobniej karp, spadł w chwilę po braniu – dodam, że była to pierwsza spinka na blowback rigu której byłem świadkiem od bardzo, bardzo dawna.

W tym momencie, zwaliłem to na statystykę – kiedyś spaść musiał. Coś nie pozwalało nam zasnąć, siedzieliśmy w milczeniu pośród hulającego wiatru, czekając na kolejne branie prawie jak na pewniak. Nie myliliśmy się – około godziny 24 swinger delikatni przypiął się do wędki a hamulec oddał kilkanaście centymetrów żyłki gdy poczułem przyjemny opór po drugiej stronie wędki. Zadowolenie momentalnie przerodziło się w irytację, kiedy ryba, ponownie po kilku sekundach spadła… Teraz już byłem pewien, że coś jest nie tak. Już w trakcie zwijania do końca zestawu, w mojej głowie, prawdopodobnie pod wpływem silnych emocji ułożyła się myśli i pomysł co zrobić aby nie stracić kolejnej ryby – jeśli w ogóle nastąpi branie. Uznałem, że ryby w związku z deficytem tlenu w wodzie, były w swoistym letargu, z którego dzięki silnemu, wiejącemu od kilkunastu godzin wiatrowi się budzą. W związku z tym, nie pobierają zbyt intensywnie pokarmu i wydłużone włosy moich przyponów które mają chronić mnie przed leszczami uniemożliwiają mi zacięcie karpia.

Natychmiast postanowiłem zmienić przypon i jak najszybciej umieścić zestaw w wodzie. Na włosie tak jak wcześniej założyłem krytycznie wyważonego bałwanka z pop upa i hookersa Diabelska Słodycz – jeden z czterech smaków obok homar&rak, kałamarnica&pomarańcza oraz kremowej truskawki na które łowię. To właśnie diabelska słodycz dała mi kilka ryb w tym +20 podczas 12 godzinnej zasiadki w maju na nowakach, oraz pięknego pełnołuskiego dzikusa z wody związkowej – także +20kg.Niestety wiatr nieco zelżał, sygnalizatory nie wydały z siebie nawet jednego piku a ja otworzyłem oczy i ujrzałem niedzielny poranek. Nie przyszły. Trzeba się zwijać, aby złapać trochę niedzieli w domu. Ponieważ było nas dwóch, składanie szło szybko. O 9:30 Nasz phantom był już w pokrowcu a ja awizowałem żonie obecność w domu nie później niż w południe.

Musiałem przerwać nagle rozmowę ponieważ swinger moje środkowej wędki – tej z której w nocy spiąłem rybę, przykleił się do wędki i ani drgnął. Podniosłem kij i poczułem mozolny opór. Jest dobrze, jednak mocno martwię się, aby ryba nie spadła. Ta dość ciężko, jednak daje się zwijać nie podejmując specjalnie walki. Ponieważ ciężarek spadł, karp dość szybko wyszedł do powierzchni o dał się dosłownie zwinąć w linii prostej od miejsca gdzie położony był zestaw – nie byłem nawet w stanie przeprowadzić go do miejsca podbierania i Krzysiek musiał podebrać go prawie pod stojakiem! Najważniejsze, że skutecznie. Ryba jest duża – jest dobrze. Karp waży 21,5kg co w okolicznościach jakie miały miejsce kilkanaście minut temu, porównałbym do obfitego deszczu po kilku miesiącach suszy. Kolejny raz się udało!

Powracając do początku powyższej relacji chcę zwrócić uwagę, że choć pewnie w opinii wielu z Was przynęta sama nie łowi, z czym się także zgadzam – w przeciwnym razie nie zmieniałbym przyponu i zarzucał byle gdzie, nie próbując znaleźć rozwiązania sytuacji w której się znalazłem, to jednak nie zwalałbym na dzieło przypadku złowienia 3 ryb +20kg właśnie na ten zestaw. Dlatego w moim przypadku Diabelską Słodycz, uważam za Diabelsko Skuteczną.

Pozdrawiam,
Marcin Dębski