You're currently on:

CUDOWNE KULKI? - MITY A RZECZYWISTOŚĆ.

Nie wiem czy w jakiejś innej metodzie, jest druga taka przynęta, która jest aż tak często używana. Kulki, bo o nich mowa, bez których chyba, żaden z nas nie wyobraża sobie zasiadki karpiowej, o których przez lata powstało wiele mitów, a także zupełnie wykluczających się teorii. W tym, moja ulubiona „każda woda rządzi się swoimi prawami i ma swoją najskuteczniejszą kulkę”.

Tak jakby karp w każdej wodzie był zupełnie innym stworzeniem, potrzebującym, do najedzenia się, czegoś zupełnie innego.  Ale rozumiem, że jest tyle teorii ile łowców i każdy wierzy w swoją. W związku z tym, że za oknem jest jeszcze  zima, a ja nie łowię karpi spod lodu, spróbuję rozwiać kilka waszych wątpliwości,  a także odpowiedzieć na chyba najczęściej mi zadawane pytanie: „Wasyl,  ale na co ty, tak naprawdę, łowisz te karpie”.  Przez wiele lat moje podejście łowienia, a także do kulek ewoluowało.
Na początku mojej przygody łowiłem tylko na samodzielnie wykonane boile i tylko takie sypałem do wody. Po pierwsze, nic nie było w sklepach. Po drugie, wierzyłem, że moje będą najlepsze i jedyne w swoim rodzaju.  Po trzecie, miałem więcej czasu i radości z tego, że sam je zrobię.  Od wielu już lat,  życie brutalnie mnie zweryfikowało i w zasadzie prawie nie kręcę już sam kulek.  Mówię prawie, bo czasami faktycznie robię sobie przynętówki do zadań specjalnych, ale to jest rolowanie z jednego maksymalnie dwóch jajek. Robię to tylko i wyłącznie wtedy, kiedy zależy mi na twardszych niż standardowe kulkach, które dłużej poleżą na włosie.  Są wody, na których przewożę zestawy po dwóch, a nawet trzech dobach,  więc dodaję do kulek  trochę więcej albuminy i 1ml aromatu na dwa jajka, więcej jak przy standardowych szybciej pracujących mieszankach. Kij jak zwykle ma dwa końce. Albumina faktycznie utwardza kulkę,  ale też ogranicza jej pracę. Czasami mam też wkręty na kulanie przynęt o innej, niż standardowa średnicy albo innym kształcie. Lubię mieć garść kulek na włos o różnej średnicy tak, żeby być przygotowanym na różne okoliczności. Chcę mieć kulki tonące, o większej średnicy do łowienia na pojedynczą kulkę, mniejsze 15-18mm do bałwanków, a także dwóch tonących, w zależności od aktywności karpi, drobnicy, a także wielu innych czynników. Natomiast, tak naprawdę,  w większości przypadków nęcę i łowię na gotowe prosto z worka kulki. Wynika to trochę z lenistwa, ale przede wszystkim, ze świadomości, że sam nie zrobię niczego lepszego i że gotowe kulki są wystarczająco dobre żeby złowić na nie ryby. Często mam wrażenie, że kulki, a w zasadzie intensywność  ich aromatu ma przekonać przede wszystkim nas karpiarzy, a dopiero później karpie. Dlatego, bardzo często, moim pierwszym krokiem po przyjechaniu na łowisko, jeszcze przed napompowaniem pontonu, jest wsypanie kulek do wiadra z wodą z łowiska. Czasami woda jest najlepszym „dipem” dla mocno pachnących kulek. Kiedyś dawno temu, dosyć intensywnie łowiłem na „tyczkę” przesadzenie z aromatem w zanęcie było błędem, który niejednokrotnie wystraszył mi ryby. Wychowałem się na starej dobrej szkole, która mówiła „czasami mniej znaczy więcej”. Szczególnie w wiosennej, czystej pozbawionej roślinności i zapachów wodzie. Jeżeli łowicie w czystym naturalnym jeziorze i nie musicie przebijać się i konkurować z wieloma występującymi w łowisku zapachami, wasze kulki nie muszą pachnieć jak koncentrat płynu do płukania tkanin. W jednej sytuacji, ta sama kulka może pachnieć za bardzo, a w drugiej, trzeba będzie ją dopalić. Łowiąc w naturalnym czystym zbiorniku w chłodniejszych porach roku, raczej zadipuję je w wodzie z łowiska.
Natomiast łowiąc w dużej rzece albo zarośniętym zbiorniku, w ciepłej porze roku, raczej potraktuję je boosterem. Wrócę jeszcze na chwilę do czasów kiedy łowiłem innymi metodami. Czasami ryby były tak aktywne, że leszczyk wielkości dłoni zjadał pęczek kilku białych robaków i ziarnko kukurydzy na dużym haku, a były takie dni kiedy trzykilowe łopaty brały na jedną pinkę podaną na haczyku nr 20 i przyponie zero, zero nic. Myślę, że nasze przyzwyczajenia do tej samej przynęty, podanej na tym samym przyponie co wczoraj, często nas gubi. Podobnie jak używanie tych samych, ulubionych kulek, o tej samej co zawsze średnicy.
Wykluczając sytuacje, w których poziom tlenu w wodzie i jej temperatura drastycznie spadają, ryby żerują prawie zawsze i prawie zawsze jakoś możemy je sprowokować do brania.  Od wielu lat współpracuję z firmą Tandem Baits,  która ma w ofercie kilka serii kulek. Jestem daleki od pisania głupot, że te kulki od lat robią robotę, bo tak naprawdę to ja ją robię. Natomiast wiele z tych smaków współtworzyłem i do dziś traktuję bardzo sentymentalnie. Niektóre dały mi wiele pięknych ryb, ale z drugiej strony statystycznie to na nie najczęściej łowiłem.
Tak naprawdę nie wiem i nigdy się nie dowiem, czy złowiłbym te ryby używając innych przynęt. Jednego jestem pewien, jeżeli źle wytypuję miejscówkę i wsypię niewłaściwą ilość kulek do wody to ich nazwa,  a także cena prawdopodobne nie będzie już miała znaczenia. Jestem przekonany, że właśnie w taki sposób tworzą się legendy o cudownych kulkach, albo tych które są z gipsu i nic nigdzie na nie bierze. Zawsze staram się zachować dystans i zamiast zrzucać winę na pogodę, albo niedobre kulki, szukam prawdziwych powodów dlaczego karpie mnie pokonały. Staram się również nie wariować w drugą stronę. Jeżeli złowię karpia na jakąś przynętę, zanim urośnie ona w mojej głowie do rangi tej cudownej, analizuję wszystkie czynniki które wpłynęły na branie. Od wielu lat staram się traktować zbiorniki wodne jak domy, albo mieszkania karpi. Mieszkania, w których są przedpokoje, pokoje gościnne, sypialnie i w końcu kuchnie. Właśnie odszukanie tych ostatnich jest kluczem do sukcesu. Żaden z was nawet głodny nie będzie jadł przepysznego obiadu, podanego w ubikacji. Dlaczego zatem oszukujecie się, że wsypanie gdziekolwiek, nawet najlepszych kulek spowoduje branie wymarzonego karpia?!  Od wielu lat zastanawiam się nad tym,  dlaczego pomimo tego, że sypiemy do wody naprawdę wartościowe żarcie, tak rzadko łowimy karpie.  Powodów jest wiele i obiecuję, że kiedyś o nich napiszę,  ale najczęściej popełnianym błędem jest wybór miejsca, a nie niewłaściwy smak kulek. Głodny karp zje prawie każdą kulkę, natomiast nie zje prawdopodobnie żadnej podanej w niewłaściwym miejscu. Oczywiście są zbiorniki, w których jest mnóstwo ryb, a do złowienia karpia nie potrzeba dorabiać ideologii, wystarczy po prostu trafić zestawem do wody. Natomiast do świadomego złowienia karpia, w większości wód na których łowimy to za mało. Pomimo tego, że od lat dostaję mnóstwo „towaru” za darmo, używam zawsze tego który najbardziej mi pasuje do warunków w których wędkuję. Nie wybieram bezmyślnie najdroższych kulek wierząc, że zawsze będą najlepsze. Pod koniec ubiegłego sezonu, dostałem do spróbowania białe kulki o smaku Milky Mulberry. W zimnych porach roku unikam tłustych, napakowanych mączkami rybnymi przynęt i zanęt. Po pierwsze ich praca przypomina smalec wrzucony do zimnej wody, po drugie są ciężkostrawne i mogą nasycić karpie nawet na kilka dób.  Wszędzie na świecie w zimnej wodzie, łowi się na proste mieszanki z dodatkiem protein mlecznych o intensywnych owocowych aromatach, a u nas jest różnie. Ciągle pokutuje mit o tym, że przed zimą karpie odkładają tłuszcz,  więc muszą jeść tłuste rzeczy.
Wracając nad wodę, pomimo niskich temperatur ryby zjadały niewiarygodne ilości tych boili. Dzięki prostej lekkostrawnej mieszance szybko przeleciały rybom przez ich  układ pokarmowy, a ja przez cztery dni miałem regularne brania. Myślę, że łatwostrawność jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o tym, czy i ewentualnie kiedy, ryby powrócą w łowisko.  W ciepłych porach roku, czyli od czerwca do września włącznie, używam kulek, które mają wysoki poziom mączek i ekstraktów rybnych. Moimi ulubionymi smakami jest Essential S, a także Robin Red, który jest co prawda nowością na ten rok, natomiast ja przekonałem się o jego skuteczności już znacznie wcześniej.  Właśnie teraz, kiedy w wodzie występuje najwięcej pokarmu naturalnego, a ryby żerują parę razy dziennie i mają nakręcony metabolizm powinny dostać najlepszy towar. Moją ulubioną letnią przynętą jest bałwanek z tonącego śmierdziela przełamanego małym intensywnie owocowym pływakiem. Mam wrażenie, że niektórzy karmią karpie lepiej niż jedzą sami. Ich mieszanki składają się z kilkudziesięciu składników, a wysokobiałkowe mączki pochodzenia zwierzęcego mają znacznie większy udział niż baza 50/50. Niektóre, są aż tak napakowane towarem, że zrolowanie ich graniczy z cudem.  Z punktu widzenia nakarmienia ryb, możliwie najmniejszą ilością zanęty ma to sens, wędkarsko niekoniecznie. Czasami, chcąc najlepiej, najzwyczajniej możemy przesadzić i nakarmić ryby na wiele dni. Kolejnym istotnym zagadnieniem jest to, na jakiej powierzchni rozsypujecie swoją zanętę. Chodzi mi o to, że wysypanie wiadra „towaru” w jedno miejsce, jest taką dużą zmiana w naturalnym środowisku, że karpie mogą przestać żerować w tym miejscu, a nawet je opuścić. Czasami lepiej reagują na pojedyncze rozrzucone na większej powierzchni cząstki zanęty. Ta taktyka, sprawdza mi się szczególnie w wodach o dużej presji, a także w przypadku polowania na okazy. Wiara w przynęty, których używamy, jest czymś bardzo ważnym, podobno nawet może czynić cuda. O wiele łatwiej odpędzić mi „czarne myśli” spowodowane brakiem brań, jeżeli wiem, że używam dobrych, sprawdzonych kulek.  Przesiedziałem bez ryby, w grudniu poprzedniego roku, tydzień na Rainbow. Pogoda pokonała nas wszystkich... Ponad sto sygnalizatorów, nieubłaganie milczało przez tydzień. Na całym jeziorze tylko dwa stanowiska łowiły pojedyncze rybki.
Przeróżne zestawy, z super kulkami w które każdy z nas wierzył przeleżały tydzień nietknięte. Ta sytuacja pokazuje naszą bezsilność w niektórych sytuacjach i to, że żadna kulka nie zrobi roboty, jak karpie nie żrą. Oczywiście, że są lepsze i gorsze, ale nie ma cudownych kulek. Moim zdaniem, na końcowy sukces wpływa przede wszystkim, poprawnie wybrana miejscówka, taktyka, a dopiero potem przynęta podana na właściwym przyponie. Tak naprawdę kulki, najczęściej, nie są złe tylko źle stosowane. Spędziłem wiele lat nad wodą i spotkałem tam wielu pozytywnie zakręconych wariatów. Niektórzy z nich, poszli w kierunku super kulek, inni do perfekcji opanowali temat przyponów karpiowych i zawsze mają ich znacznie więcej niż potrzebują. Jeszcze inni, jak ja oszaleli na punkcie szukania najlepszych miejsc i pół życia spędzają w pontonie, szukając nie wiadomo czego. Najważniejsze, że każdy z nas odnalazł swoje miejsce na ziemi i żeby robił to, co lubi.

Tomek Wasilewski