You're currently on:

Recenzje

  • Wędzisko Phantom XT

    Już kilka dni przed planowanym wyjazdem, latałem po domu jak przysłowiowy "kot z pęcherzem" sprawdzając po kilka razy czy wszystko zostało spakowane oraz czy sprzęt jest w pełni sprawny. Dojazd na łowisko zajmuje mi około półtorej godziny, ale nie obyło się bez małych problemów z dojazdem do samego pomostu, gdyż na śliskiej od deszczu grobli auto tańczyło jak na lodzie. W efekcie końcowym docieram na stanowisko około godziny 10-tej. Oczywiście ekspresowe wypakowanie klamotów gdyż za mną już stoją dwa auta czekające w kolejce na przejazd na dalsze stanowiska. Po odstawieniu auta na parking wsiadam na łódkę, aby wstępnie wysondować dno. Niestety, pochmurne niebo, wysoka fala i mętna woda, dość skutecznie utrudniają znalezienie ciekawych miejscówek. Po prawie godzinie udaje się w końcu postawić trzy markery, więc wracam na pomost, aby zająć się rozbijaniem obozowiska, uszykować zanętę i przygotować zestawy.

    Fot.1 Fot.1
    Fot.2 Fot.2

    Od ostatniego wyjazdu mój arsenał wzbogacił się o dwa najnowsze wędziska z serii Phantom XT. Pod kątem łowiska wybrałem jednakową długość 12 stóp, gdyż łowi się tu zarówno z rzutu jak i z wywózki i ta długość wydaje mi się optymalna. Pozwala zarówno wygodnie holować rybę z łodzi jak i zarzucić zestaw na żądaną odległość. Aby jednak przekonać się o wszelkich wadach i zaletach nowego modelu, celowo wybrałem kijki o różnych parametrach rzutowych. Pierwszy to kij o standardowej krzywej ugięcia 3 lbs, oraz drugi nieco mocniejszy - 3,5 lbs. Oba wędziska są bardzo lekkie i starannie wykończone, a ich blanki uzbrojono dobrej jakości przelotkami SiC. Wszystkie modele posiadają matowo-czarne wykończenie, oraz stylistykę, która wyróżnia je na tle produktów innych firm. Nowa wersja tych wędzisk posiada między innymi wzmocniony uchwyt kołowrotka oraz dobrze wyprofilowany dolnik z pianki EVA. Około południa dociera nad wodę kolega Damian. Wspólnie znajdujemy kolejne miejscówki dla jego zestawów i ustalamy taktykę łowienia. Po krótkiej naradzie zapada decyzja, aby dwa zestawy tradycyjnie wywieść daleko od pomostu, a pozostałe cztery uzbroić na „metodę” i tym sposobem czynnie obłowić większą część łowiska. Przygotowujemy więc pastę pelletową, a na włos trafia sztuczna, dipowana kukurydza. Po południu cała bateria wędzisk gotowa jest do walki.

    Fot.2a Fot.2a
    Fot.2b Fot.2b

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Zza chmur wychodzi słońce, robi się ciepło i przyjemnie, a cały pobyt zaczyna zapowiadać się bardzo sympatycznie. Wywozimy dwa zestawy, a pozostałe, z rzutu, umieszczamy w łowisku. Teraz nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na rybki... Nie minęło więcej jak dwie godziny, kiedy mój sygnalizator poskoczył na żyłce i radosnym dźwiękiem poinformował o konieczności podniesienia wędki z tripoda. Pomimo tego, że zestaw leżał nie dalej jak 60 metrów od brzegu, ryba zdążyła „zaparkować” w gęstych roślinach i nie dała się podciągnąć ani o centymetr. W obawie przed jej zerwaniem zluzowałem żyłkę i nie było innego wyjścia jak tylko wsiąść do łódki i z niej spróbować wyholować rybę. Płynąc w kierunku zaczepu nie czułem na wędce żadnego pulsowania. Byłem więc niemal pewny, że ryba spięła się z haczyka. Dopiero będąc tuż nad miejscem, gdzie linka wchodziła pionowo do wody zobaczyłem ogromną kępę zielska w której tkwił mój zestaw. „Nic dziwnego, że się spiął” - mówię do kolegi i powoli zaczynam uwalniać linkę. Już widzę klips z ciężarkiem gdy nagle czuję potężne szarpnięcie, które wyrywa mi żyłkę z ręki, a fontanna wody i mułu wzbija się w powietrze. Na szczęście delikatnie ustawiony hamulec kołowrotka zadział jak należy, a wędka idealnie zamortyzowała nagłą ucieczkę. Karp swobodnie wyszedł na otwartą wodę wybierając kilkanaście metrów żyłki. Najwyraźniej nawet dla niego kępa zielska okazała się zbyt dużą przeszkodą do pokonania, ale gdy tylko poczuł odrobinę swobody, postanowił to wykorzystać. Dalszy hol przebiegał już bez przeszkód i kilka minut później piękny pełnołuski karp ląduje w podbieraku. Po dopłynięciu do brzegu waga pokazała 13,50 kg.

    Fot.3 Fot.3
    Fot.4 Fot.4

    Gratulujemy sobie pierwszej ryby, która po krótkiej sesji zdjęciowej wraca do wody. Postanawiamy przerzucić na nowo wszystkie zestawy z „metodą”. Oklejam więc sprężyny świeżą porcją pasty, dipuję sztuczne ziarna i umieszczam zestawy w łowisku. Tym razem jednak oba zarzucam kilka metrów bliżej brzegu. Tu pierwsze spostrzeżenia odnośnie wędzisk. Łowię nie dalej jak 60-70 metrów od brzegu i znacznie lepiej rzuca mi się wędziskiem 3 lbs. Mam wrażenie, że delikatniejszym wędziskiem lepiej wyczuwam masę całego zestawu, co pozwala mi celnie umieścić zestaw w wybranym miejscu. Żyłka z łatwością ślizga się po przelotkach, a wędka dobrze oddaje energię przy rzucie. Jej idealnie dobrana akcja i znaczny zapas mocy pozwalają z lekkością rzucać nawet ciężkimi zestawami bez obawy o uszkodzenie wędziska. Co prawda sztywniejsza wędka na pewno pozwoliłoby mi na dalsze rzuty, ale w obecnej sytuacji i warunkach nie ma takiej konieczności. Wersję o krzywej 3,5 lbs polecam wiec raczej do łowienia w trudnych warunkach z użyciem zestawów uzbrojonych w siatkę lub worek PVA. Nie minęło nawet pół godziny od ponownego zarzucenia zestawów, gdy znów słyszę mój sygnalizator. Od razu po zacięciu wyprowadzam rybę na otwarta wodę, co pozwala spokojnie doholować ją do brzegu bez konieczności użycia łódki. Karp co prawda próbował kilka razy uciekać w stronę gęstych roślin, jednak sprężysty kij i dokręcony hamulec skutecznie mu te próby uniemożliwiały. Choć optycznie karp wyglądał na większego od swojego poprzednika, to tym razem waga okazuje się dla mnie mniej łaskawa wskazując 12,30 kg. Przyjmuje to jednak za dobry znak, gdyż nasze zestawy z kulkami moczą się bezowocnie od kilku godzin, a ryby zasmakowały w gumowej kukurydzy…

    Fot.4a Fot.4a
    Fot.5 Fot.5

    Zapada zmrok. Na noc zakładamy klasyczne zestawy z kulkami i wywozimy je we wcześniej oznaczone i zanęcone miejscówki. Niestety, w nocy udaje mi się złowić tylko niewielkiego leszcza. O świcie do wody znów wędrują dwa zestawy z „metodą”, lecz tym razem sprężyny oklejam maksymalną ilością pasty. Prawdę mówiąc trochę obawiałem się, czy wędzisko wytrzyma tak duże obciążenie, ale już po kilku minutach było jasne, że nawet znaczne przeciążenie nie stanowi dla niego żadnego problemu. Nie zdążyłem dopić kawy, a już musiałem się zerwać do wędki. Po kilku minutach w podbieraku ląduje niespełna 9-cio kilowy karpik. Wypinając go widzę, że pasta pelletowa nie zdążyła się nawet dobrze rozpuścić. Dla formalności uzupełniam więc koszyk i na chwilę zanurzam ziarna w dipie. Zestaw ląduje w wodzie, a ja wracam do zimnej już kawy. Słońce jak na ta porę roku grzeje coraz mocniej i w południe już nie sposób wysiedzieć na pomoście. Przenosimy się z fotelami na brzeg, gdzie w cieniu delektujemy się smakiem złocistego napoju. Rybom taka pogoda chyba też nie odpowiada, bo do późnego popołudnia na wodzie panuje zupełna cisza, choć dość często przerzucamy nasze zestawy w poszukiwaniu żerujących ryb. Dopiero około godziny 18-tej słyszę znajomy dźwięk.

    Fot.6 Fot.6
    Fot.6a Fot.6a

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Nim dobiegłem do wędki ryba zdążyła wybrać kilka metrów żyłki i tradycyjnie utknęła w zaroślach. Czas więc na powtórkę z rozrywki. Wsiadamy do łódki i płyniemy w jej kierunku ściągając po drodze z żyłki niewyobrażalne ilości zielska, które skutecznie blokowały linkę na szczytowej przelotce. Swoją drogą to zadziwiające, jak w tak krótkim czasie ryba mogła tyle tego nazbierać. Minęło dobre kilkanaście minut zanim dotarliśmy do celu. Nauczony doświadczeniem luzuję hamulec, ale tym razem czuję pulsujący ciężar na wędce, a jednocześnie widzę, jak cała kępa roślin faluje rytmicznie pod powierzchnią. Karp jednak ani myślał łatwo się poddać. Co chwilę odpływał teraz na kilka metrów utrudniając mi oczyszczenie zestawu z zielska. Krążyliśmy więc w kółko kolejne kilkanaście minut zanim udało się zdjąć to wszystko, co uniemożliwiało skuteczne podebranie ryby. W końcu udało się i karp ląduje w podbieraku. Na brzegu widzę, że jest nieco większy niż poprzednie, a waga wskazuje całe 15,70 kg.

    Fot.7 Fot.7

    Radość podwójna, bo nie dość, że ładna ryba, to w dodatku skusiła się na zwykłą, gumową kukurydzę. Nasze założenie okazało się więc trafne. Ryby zupełnie nie wchodziły w zanęcone miejscówki, a zajadały się jedynie tym, co znalazły na samych roślinach. Pływająca imitacja ziaren na długim przyponie okazała się więc strzałem w dziesiątkę. Tu muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony nowym wędziskiem. Choć ma on lekko progresywną akcję, to jest na tyle elastyczne, że pozwala kontrolować poczynania ryby bez obawy o zerwanie zestawu, a jednocześnie odpowiednio sztywny aby móc zarzucić ciężkim zestawem nawet na znaczną odległość. Łączy więc w sobie zalety zarówno kija rzutowego, jak i wędziska, które dostarczy nam emocji z holu jak typowy parabolik.

    Pozdrawiam
    Arkadiusz Kaczorowski

  • Wędzisko ENFORCER ST

    Nie dalej jak tydzień temu zostałem zaproszony przez właściciela nowo otwartego łowiska na kilkudniową zasiadkę. Nie wypadało z takiego zaproszenia nie skorzystać, więc w środowe popołudnie, prosto z pracy jadę nad wodę. Docieram tam późnym popołudniem. (Fot.1) W lekkim pospiechu rozbijam obozowisko (Fot.2) i bardzo pobieżnie sonduję dno w poszukiwaniu atrakcyjnych miejscówek, aby zdążyć przed zmrokiem wywieść zestawy.

    Fot.1 Fot.1
    Fot.2 Fot.2

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Co ciekawsze miejsca od razu zasypuję mieszanką pelletu i pokruszonych kulek. Plan zakłada łowienie w nocy z wywózki, a za dnia z rzutu, aby jak najmniej płoszyć ryby. Spływam do brzegu i postanawiam uzbroić do łowienia jeszcze trzeci zestaw, gdyż zachęcony pozytywnym doświadczeniem z poprzedniej wyprawy sprawiłem sobie, do kompletu, wędzisko Tandem Baits z najnowszej serii Enforcer ST. (Fot.3) Z racji łowienia wśród gęstej, podwodnej roślinności, oraz prawdopodobnej konieczności holowania ryb z pontonu, wybrałem model o krzywej ugięcia 3 lbs i długości 12 ft. Już pierwszy kontakt z tą wędką robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Kij wykonany jest na cienkim, smukłym blanku o niewielkiej wadze, a ciemno-matowe wykończenie idealnie komponuje się z nowym kołowrotkiem Invader Ultra Black.

    Fot.3 Fot.3
    Fot.4 Fot.4

    Tradycyjnie chwila zawahania, co założyć na włos, ale już po kilkunastu minutach zestawy są gotowe do wywózki. (Fot.4) Mój pośpiech się jednak nie opłacił, gdyż przez całą noc ani jeden sygnalizator nie wydał z siebie nawet najsłabszego dźwięku. Bardzo wczesnym rankiem wskakuję więc do pontonu aby nadrobić wczorajsze zaległości. Po godzinie pływania typuję cztery miejscówki, które są znacznie ciekawsze od tych wczorajszych. Dziś nie ma miejsca na przypadek i improwizację. Aby mieć pewność, że zestawy nie ugrzęzną w zielsku, na koniec każdego haczyka zakładam po dwie pianki pva. Nadszedł więc czas wypróbować możliwości rzutowe nowego wędziska. Aby wyczuć kij, rzucam kilka razy samym ołowiem, celując w zanęcone miejsce oddalone od brzegu o jakieś 70 metrów. (Fot.5, Fot.6, Fot 7) Pozwoli mi to gotowy już zestaw posłać jak najbliżej celu. Wędzisko, choć sprawia wrażenie miękkiego, ma progresywną, szczytową akcję, dzięki czemu nie trzeba dużej siły, aby osiągnąć zamierzony cel. Wędka znakomicie pracuje już pod obciążeniem 80 gram i taki też ciężarek zakładam do łowienia. Nie muszę rzucać daleko, więc lekkie obciążenie będzie idealne, aby nie zagrzebać przynęty w zielsku. (Fot. 8)

    Fot.5 Fot.5
    Fot.6 Fot.6

     

    Fot.7 Fot.7

     

    Fot.8 Fot.8

    Zestawy umieszczone w łowisku, więc czas na poranną kawę. Spoglądam na zegarek – jest godzina 8:30. Pomimo tak wczesnej pory słońce grzeje już niemiłosiernie i nie mam mowy o dalszym siedzeniu w namiocie, który w środku zaczyna przypominać saunę. Już miałem sięgnąć po kubek, gdy sygnalizator „piknął” nerwowo dwa razy i …cisza. Spojrzałem tylko w stronę wody i zobaczyłem, że kępa trzcin przy której zarzuciłem zestaw kołysze się na wodzie. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że wiatru w ogóle nie było, a powierzchnia wody była gładka jak lustro. Nie miałem już wątpliwości, że „goście” ucztują przy zastawionym stole. Dopijałem już kawę gdy widzę jak swinger delikatnie się uniósł, aby w ułamku sekundy „przykleić” się do kija i przy głośnym akompaniamencie sygnalizatora zaczął podskakiwać rytmicznie. Podnoszę kij i… siedzi!

    Fot.9 Fot.9
    Fot.10 Fot.10

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Wędzisko wygina się pod ciężarem ryby, która jak gdyby nigdy nic, wysnuwa plecionkę z kołowrotka i sunie prosto w gęste zarośla. (Fot.9, Fot.10) Dokręcam hamulec i próbuję zatrzymać szarżującego karpia zanim „zaparkuje” w trzcinach. Wędka świetnie amortyzuje krótkie i nerwowe szarpnięcia, a ryba na szczęście zawraca na czystą wodę. Po kilku minutach pozwala podciągnąć się bliżej brzegu, gdzie już czeka na nią zanurzony w wodzie podbierak. Pierwsze podejście chybione, ale za drugim razem udaje się karpia podebrać. (Fot.11)

     

    Fot.11 Fot.11
    Fot.12 Fot.12

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Waga po wytarowaniu pokazuje 10,50 kg, więc całkiem fajny wynik jak na początek. Poprosiłem kolegów stojących za plecami o zrobienie kilku zdjęć i po krótkiej sesji ryba wraca do wody. (Fot.12) Zarzucam zestaw ponownie, ale z uwagi na żar lejący się z nieba nawet nie spodziewam się jakichkolwiek brań. Okazuje się jednak, że przy tej pogodzie świetnie żerują mniejsze karpie i średnio co 2-3 godziny na macie lądowały sztuki w granicach 5-6 kg. Choć zabawa była przednia, łowienie w tych warunkach nie należało do najprzyjemniejszych. Temperatura oscylowała w granicach 35 stopni w cieniu, a do tego dochodziły wyjątkowo dokuczliwe końskie muchy, które skutecznie potrafiły wyprowadzić człowieka z równowagi. Z ulgą więc powitałem nadchodzący wieczór, kiedy to przyjemny cień zawitał nad wodę, a miejsce much zajęły lekko natrętne komary. Postanowiłem na noc wywieść nowe zestawy i jednocześnie dokładnie donęcić miejscówki grubszym pelletem i całymi kulkami. Chciałem odpocząć trochę po tym upalnym dniu i nie bardzo miałem ochotę holować w nocy karpiki po 5 kg. Założyłem też większe przynęty i z ulgą zająłem leżące miejsce w namiocie.

    Fot.13 Fot.13
    Fot.14 Fot.14

    Wstaję znów skoro świt. Przez całą noc ani brania. Trochę zdziwiony takim obrotem sprawy sprawdzam, czy z sygnalizatorami wszystko ok, gdyż miejscówki zanęcone, a zestawy były idealnie położone. Cóż, wygląda na to, że ryby w nocy też śpią. Postanawiam więc nie ruszać wędek. Jednak około godziny 10-tej sygnalizator zaczyna piszczeć. Pewnie kolejna „piątka” pomyślałem, gdyż w taką pogodę nie spodziewałem się raczej niczego większego i podniosłem kij do góry. W tym momencie poczułem, że po drugiej stronie „wisi” coś znacznie większego. Wędka wygina się miękko pod zrywami ryby, która próbując pozbyć się haczyka, szoruje pyskiem po zarośniętym dnie. Pomimo dość mocno dokręconego hamulca udaje jej się zaplątać w trzciny. W obawie przed stratą zdobyczy luzuje delikatnie linkę i jednocześnie wkładam podbierak do pontonu. Już mam do niego wsiąść gdy czuję, że ryba „wychodzi” na otwartą wodę i kieruje się prosto w zarośla po drugiej stronie łowiska. Gdy w nie wejdzie, strata ryby będzie gwarantowana. Muszę ja zatrzymać - pomyślałem i jeszcze mocniej dokręciłem hamulec. Akcja kija idealnie współgra z napiętą plecionką zapewniając mi stały kontakt z rybą. Mogę dzięki temu kontrolować jej poczynania, a spory zapas mocy w dolniku pozwala na komfortowy hol. (Fot. 13, Fot.14) Po około 15 minutach ryba powoli zbliża się do brzegu. Jeszcze tylko kilka niegroźnych zrywów i okazała zdobycz ląduje w podbieraku.

    Fot.15 Fot.15
    Fot.16 Fot.16

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Waga wskazuje 13,40 kg. i choć karp ten dostarczył mi wielu niezapomnianych emocji w czasie holu, to po sposobie walki, spodziewałem się trochę cięższego osobnika. Z uwagi na panujący upał sesję zdjęciową przeprowadzamy w wodzie, aby niepotrzebnie nie narażać ryby. Mam więc znakomitą okazję na kilka zdjęć z karpiem, ale tym razem w jego naturalnym środowisku. Jak fajne jest to uczucie wie zapewne każdy, kto w pełni szanuje swojego „przeciwnika” i dba o jego bezpieczeństwo na brzegu. (Fot.15, Fot.16, Fot.17) Teraz przerzucam wszystkie zestawy i idę porozmawiać z wędkarzami z sąsiedniej miejscówki. Do popołudnia kompletna cisza. Dopiero około godziny 15-tej wyciągam 6-cio kilowego karpika, a do wieczora mam jeszcze dwa mniejsze. W pewnym momencie następuje branie inne niż wszystkie. Żadnego odjazdu tylko krótkie, pojedyncze szarpnięcia, jakby biorąca ryba była zbyt mała, aby przesunąć leżący na dnie ciężarek. Po kilku minutach postanowiłem sprawdzić, co tak wystawia na próbę moją cierpliwość. Dokręciłem szpulę i uniosłem kij w górę. W tym momencie nastąpiła dosłownie „eksplozja”! Coś z ogromną siłą zakotłowało się w wodzie, wzburzając dookoła kłęby zielska i mułu. Zanim zdążyłem się zorientować w sytuacji, poczułem luz na lince… Za lekko zacięty - pomyślałem sobie i zwinąłem zestaw.

    Fot.17 Fot.17
    Fot.18 Fot.18

    Dopiero na brzegu wszystko mi się wyjaśniło. Przypon przecięty był w połowie długości. Po tej przygodzie ryby odmówiły dalszej współpracy. Z uwagi na to, oraz na panujący upał, następnego ranka zwijam się do domu. Cieszy mnie fakt, że dopisały zarówno ryby, jak i sprzęt, który nie zawiódł mnie w czasie swojego pierwszego pobytu nad wodą. Mam nadzieję, że wkrótce będę miał okazję ponownie zapolować na tej wodzie i być może dowiem się, jak duża była ryba, która połamała mój haczyk. (Fot.18)

    Pozdrawiam

    Arkadiusz Kaczorowski

     

  • Kołowrotek Invader Ultra Black 8000 LC

    Minął już miesiąc od naszego ostatniego wyjazdu. W poniedziałkowy wieczór odbieram telefon od kolegi z propozycją spędzenia weekendu nad wodą. Decyzja zapada błyskawicznie – jedziemy. Dla mnie to znakomita okazja aby przetestować nowy sprzęt, gdyż niespełna dwa tygodnie wcześniej dotarł do mnie kołowrotek Tandem Baits  Ultra Black 8000 LC.

     

    W piątkowy poranek, uzbrojeni w cały arsenał ruszamy w dobrze znanym nam kierunku. Na łowisko docieramy trochę później niż zwykle, bo dopiero późnym popołudniem. Okazuje się, że sporo miejsc jest już pozajmowanych, ale po krótkim rozeznaniu okolicy znajdujemy idealną, naszym zdaniem, miejscówkę.  Zaczynamy tradycyjnie od wysondowania łowiska i zanęcenia Spombem. Wyciągamy wnioski z poprzedniego wyjazdu i tym razem postanawiamy łowić na obrzeżach zanęconego miejsca.  Mamy świadomość, że ilość złowionych ryb będzie mała, ale za to liczymy, że będą to większe okazy. Czas przystąpić do montowania zestawów i choć kołowrotek wielokrotnie oglądałem w domu, teraz mam znakomitą okazję sprawdzić jego możliwości.

    fot.1 fot.1
    2 fot.2

    Zaczynam od nawinięcia nowej żyłki (fot.1 i 2) , gdyż na tej wodzie łowimy wyłącznie z rzutu, a moja stara linka była już bardzo zużyta. Pierwsze miłe zaskoczenie to praca samego kołowrotka.

    fot.3 fot.3
    fot.4 fot.4
    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.5
    SAMSUNG DIGITAL CAMERA foto.6

    Chodzi bardzo cicho i płynnie, a do tego idealnie układa żyłkę na szpuli (fot.3 i 4). Obawiałem się też, że cały zestaw będzie zbyt ciężki z racji zamontowania w kołowrotku aż  13 łożysk,  ale okazało się, że oba sprzęty pasują do siebie idealnie (fot. 5).  Po założeniu ciężarka nadszedł czas sprawdzić, jak kołowrotek „oddaje” żyłkę przy rzucie. Zmiana linki miała też na celu  wykluczyć ewentualne problemy przy zarzucaniu z powodu poskręcanej żyłki. Zakładam ciężarek 100 gram i zestaw, jeszcze bez przynęty ląduje w wodzie (fot. 6). W przybliżeniu udało się rzucić kilka razy na jakieś 70 metrów, a prawdę mówiąc, nie przyłożyłem się nawet za bardzo do osiągnięcia jak najdalszej odległości.  Zresztą ta na której wylądował zestaw była niemal idealna do naszego łowienia. Nie pozostawało nic innego jak tylko uzbroić zestawy w ulubione przynęty i zarzucić wędki. (fot. 7 i 7a).

     

     

    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.7
    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.7a

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.8
    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.9

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Na pierwsze branie nie czekałem dłużej jak dwie godziny. Najpierw nerwowy skok swingera, a następnie ciągły dźwięk sygnalizatora zwiastował przybycie jakże oczekiwanego gościa. Po zacięciu karp ruszył spokojnie lecz zdecydowanie kierując się  prosto w podwodne kołki. (fot. 8, 9). Wiedziałem, że gdy tam dopłynie strata ryby będzie niemal pewna. Dokręciłem więc mocniej hamulec. Kij wygięty w pałąk, a żyłka napięta do granic wytrzymałości. Jeszcze metr, dwa i albo ryba się zepnie albo nie wytrzyma któryś z elementów zestawu. Na moje szczęście karp zmienił taktykę i ruszył prosto do brzegu. Tu już na spokojnie mogłem poluzować hamulec i pozwolić mu się wyhasać na otwartej, wolnej od zaczepów wodzie. Pewnie dzięki szerokiej skali regulacji hamulca mogłem bez problemu dopasować jego siłę tak, aby bezpiecznie kontrować poczynania ryby bez obawy o zerwanie zestawu czy zakleszczenie hamulca. Pozostawało tylko pytanie, czy ryba jest dobrze zapięta, gdyż mimo upływu minut karp ani myślał zbliżyć się do brzegu. Murował przy dnie odchodząc na hamulcu po kilka metrów w prawo i lewo. Po kilku minutach takiego przeciągania liny karp wyraźnie osłabł i dało się wyczuć, że płynie ku powierzchni. Dla bezpieczeństwa popuszczam jeszcze trochę pokrętło hamulca gdyby jednak karp zmienił zdanie w ostatniej chwili. Teraz zdecydowanie podciągam go do brzegu w stronę zanurzonego podbieraka. Ostatni zryw ryby tuż przed siatką i piękny karp wreszcie ląduje w podbieraku (fot. 10 i 11).

    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.10
    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.11

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.13
    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.14

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Waga pokazuje niecałe 12 kg, więc po odjęciu maty „zaliczamy” mu  10,5 kg (fot. 12). Prawdę mówiąc, po sposobie walki spodziewałem się ciut większego osobnika, ale widocznie karpie w tym przedziale wagowym są nad wyraz nerwowe i waleczne. Po krótkiej sesji zdjęciowej (fot. 13 i 14)  ryba wraca do wody w znakomitej kondycji (foto 15).
     

    SAMSUNG DIGITAL CAMERA fot.15

     

    W chwilę po zarzuceniu zestawu nadciąga ulewa, która skutecznie uniemożliwia dalsze wędkowanie. Ryby jakby też zniechęcone tym załamaniem pogody ani myślą współpracować. Do końca pobytu łowimy jeszcze dwa karpiki po około 7 kg i z takim skromnym wynikiem wyprawa dobiega końca.

     

    Spodziewaliśmy się znacznie lepszych rezultatów, jednak pogoda miała tu znaczący wpływ na ilość brań. Niemniej była to znakomita okazja do spędzenia kilku dni nad wodą i przetestowania nowego sprzętu. Kołowrotek, choć kosztował niewiele,  spisał się znakomicie i mam nadzieję, że posłuży mi bezawaryjnie przez długi czas.

     

    Pozdrawiam i życzę wszystkim „połamania kija”.

     

    Arkadiusz Kaczorowski

     

     

     

     

     

3 produkt(ów)

na stronę