You're currently on:

Artykuły

  • Majówka Fijołków

    Razem z synem Szymonem wybraliśmy się nad dziką zaporówkę położoną niedaleko od naszego miejsca zamieszkania. Zasiadkę planowaliśmy już od dłuższego czasu. Nad wodę wyruszyliśmy już 28 kwietnia w piątek. Rozpakowujemy się i bierzemy się do roboty. Mieliśmy w planie przetestować nowe kulki Tandem Baits X-Berry i to na nie postawiliśmy na tej zasiadce. Okazało się że był to strzał w dziesiątkę, ale o tym za chwilę. Gdy przyjechaliśmy nad wodę, byliśmy tylko my, a po rozłożeniu klamotów dojechał Przemek, który uczył mnie i Szymona karpiowania i tak już 10 lat jeździmy razem na zasiadki. Nad wodę zjechały się jeszcze cztery ekipy karpiarzy z okolic. Zestawy uzbrojone w kulki X-Berry: na jednej dwie kulki pływające, na drugiej tonąca plus pływak - u Szymona na zestawach to samo. Wywozimy zestawy w korzenie pod drugim brzegiem, na zestaw sypiemy około 2 kg kukurydzy, garść kulek pokruszonych i 15 sztuk całych kulek o tym samym smaku co na włosie. Pierwsza nocka była strasznie zimna, zamki w namiotach pozamarzały i nikt nie miał brania. Dopiero koło południa dnia następnego u kolegi obok zameldował się 13kg karp.

    Przeczuwaliśmy, że zacznie się coś dziać. Drugiego dnia zasiadki mam branie i po pięknej walce i holu z pontonu, na macie ląduje piękny karp o wadze 22,300kg!!! Mamy rekord zbiornika!!! Przynajmniej nikt nigdy nie słyszał o większej rybie złapanej w tej wodzie:)

    Podekscytowani kładziemy się spać. Z rana budzi nas budzik w postaci sygnalizatora Szymona. Szymon bez problemu sobie radzi i po 15 minutowym holu karp ląduje w podbieraku. Waga wskazuje 10,500 kg. Robimy kilka zdjęć, wypuszczamy rybę i wywozimy zestaw Szymona. Nie mija 30 minut i na Szymona prawym kiju znowu gra sygnalizator przerywając nam śniadanie. Szymon podbiega do kija i krzyczy, że jest większy...: "Tato szykuj ponton!". Wskakujemy w ponton i po ciężkiej walce w korzeniach w podbieraku ląduję piękna piętnastka!

    received_1232018770243087

     

     

     

     

     

     

     

     

    Kończymy kolację i mamy już w sumie 3 piękne ryby, gdzie u naszych sąsiadów cisza. Kolejny dzień i około godziny 11:00 branie na moim kiju i jest... kolejna ryba i to jaka! Waga pokazuję 17,400kg. To już nasza czwarta ryba tej zasiadki a przed nami jeszcze tyle dni.

    Karp wraca do wody, my donęcamy po raz kolejny łowisko kukurydzą oraz kulkami X-Berry. Do wieczora nie mamy już brania. Kolejnego dnia około południa odwiedza nas moja żona, robimy grilla, szykujemy obiad i... na mojej wędce jest branie!!! Zacinam i w podbieraku ląduję 10 kilogramowy karp. Niesamowite.. pogoda jest zmienna, w dzień pada po chwili wychodzi słońce, aby na wieczór przyszedł przymrozek... a my mamy regularne brania choć sygnalizatory pozostałych ekip milczą.

     

    Kolejny poranek i nadszedł najpiękniejszy moment tej zasiadki. Zaczęło się od tego że mam branie i po spokojnym holu wyciągam pięknego karpia o wadzę 18,300kg... w trakcie ważenia nagle na kiju Szymona jest odjazd. Szymon holuję rybę a ja wkładam swojego karpia do worka i pomagam synowi przy jego rybie. Po długiej walce mamy wreszcie karpia w podbieraku, a jego waga to 18,200kg! Dwa piękne i duże karpie... Ojciec i Syn. Czekamy na kolegę, który nie wierzył w to co dzieje się u nas na stanowisku i musiał zobaczyć to na własne oczy :) Kiedy do nas dotarł, my kończymy wywozić zestaw modelem i nagle na drugim kiju Szymona znów branie...po szybkim ale wyczerpującym holu mamy w podbieraku szesnastkę!!! Robimy zdjęcia i wraz z synem cieszymy się tą chwilą:)

    Po sesji wypuszczamy karpie i sami nie wierzymy co się dzieję... tym bardziej że jest to woda PZW :) Przewozimy wszystkie zestawy i nęcimy łowisko dywanowo kukurydzą i kulkami a na włos niezmiennie kombinacje X-Berry. Skoro to się sprawdza to uznajemy zasadę, że nie ma co kombinować. Przez dwa kolejne dni łapiemy kilka karpi w przedziale od 8 do 10,5kg. W przedostatni dzień zasiadki nasze łowisko oraz maty, odwiedziły karpie o wadze 14,300kg i 15,500kg. Zbliża się ostatni dzień zasiadki, a jest tak pięknie, że nie mamy najmniejszej ochoty wracać do domu. Ostatnia noc i ranek... doławiamy z Szymonem jeszcze dwa karpie – mój 9,300kg i Szymona 9,900kg.

    Podsumowując naszą zasiadkę: Pogoda na zasiadce była bardzo zmienna, deszcze, wiatry, nocne przymrozki oraz słoneczne dni, a karpie po prostu brały:) Ja złapałem 10 karpi o łącznej wadze 135,6kg i Szymon 9 karpi o łącznej wadzę 107,5kg. Jesteśmy mega zadowoleni i mówimy do następnego ! C&R

    Marek Fijołek i Szymon Fijołek

  • Tomek Wasilewski, karpie z zielska.

    Postaram się w tym artykule pokazać Wam, jak skutecznie łowić w zielsku i nie mam tu na myśli łowisk z kilkoma kępami moczarki czy wywłócznika, ale łowiska których prawie cała powierzchnię pokrywają rośliny.

    Ryba z trudnego miejsca.
    20+

    1.Jest co najmniej kilka powodów dla których warto spróbować  tam swoich sił. Po pierwsze takie
    łowiska często kryją prawdziwe perełki gdyż są trudne do przełowienia.  Słabo odnajdują się tam kłusownicy i mięsiarze. Poza tym konkurencja w postaci innych karpiarzy też będzie mniejsza niż w zbiornikach gdzie łowienie wymaga mniej pracy, gdzie można odnaleźć się z rzutu, albo wywieźć zestaw łódeczką i bezstresowo napić piwa :).

    Po drugie lubię takie łowienie, pływanie w nocy we mgle po każdą rybę i „wydzieranie” jej z kolejnej kępy zielska. Najlepiej w pojedynkę, ja ponton podbierak z krótką rączką i ciągnąca mnie od kępy do kępy „lokomotywa”. Trochę się rozmarzyłem, ale już schodzę na ziemię.  Jeżeli łowię w miękkim zielsku typu moczarka czy wywłócznik staram się odnaleźć naturalne korytarze ewentualnie placki dna które jest pozbawione roślin. Osobiście wolę miękkie dno, ale jeżeli będziecie się z tym lepiej czuli możecie poszukać  twardych piaskowo żwirowych miejsc. Zasada którą się kieruję jest taka „im większa konkurencja i bardziej pokłute ryby tym bardziej w zielsku łowię i omijam czyste blaty”. W dziewiczych wodach o które w dzisiejszych czasach jest coraz trudniej, można pokusić się o łowienie na skraju zielska, albo na blatach zupełnie go pozbawionych. Podstawowym narzędziem bez którego nie wyobrażam sobie łowienia w takich warunkach jest ponton.

    4.

     

    Po pierwsze nie znajdziecie bez niego miejsca na położenie zestawów po drugie nawet gdyby, to trafienie tam z rzutu topornym zestawem z grubą strzałówką graniczy z cudem. Jeżeli chodzi o łowienie w grążelach, często stawiam zestaw w największej gęstwinie dbając tylko o to by nie zaczepił się o korzenie.  Omijam duże oczka o średnicy paru metrów kwadratowych, gdyż prawdopodobnie  przed moim zestawem leżało tam wiele innych.  Nie chcę tu dorabiać ideologii o wielkiej mądrości karpi, ale w takich miejscach często znikała mi zanęta,  a zestawy leżały nietknięte.

    DCIM100GOPRO

    Czy nietknięte, czy tylko delikatnie „podniesione” i wyplute tego nie wiem, ale fakt jest taki, że często miałem wyczyszczone dno, a brań nie miałem.  Zatem poza dziewiczymi wodami, na których nie mam konkurencji, unikam raczej typowych miejscówek w których łowią wszyscy. Żeby nie generować  opowieści dziwnej treści o wielkich pourywanych rybach trzeba się odpowiednio do tego przygotować.  Jak wcześniej wspominałem ponton ewentualnie łódka to podstawa.  Sprzęt zawsze dostosowuję do warunków panujących w łowisku, a nie wielkości ryb jakie chcę łowić. Moimi ulubionymi  wędkami są Invadery 12’ 2,75lb które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać delikatne, ale pokonały wiele wartościowych karpi. Poza tym hol „pałą” na krótkiej lince może się skończyć wyrwaniem haka albo zerwaniem zestawu.

    Jeżeli chodzi o linkę główną to z reguły używam plecionki o wytrzymałości 40lb. Kiedy po powierzchni zbiornika pływają kępy zielsk mogą one zaczepić pływającą plecionkę i zaciągnąć zestaw w rośliny.

    6.

    W takim przypadku lepiej  sprawdzi się nierozciągliwa gruba żyłka mono.  Od kilku lat z dobrym skutkiem stosuję Balistic  0,40mm. Bez względu na to czy używam plecionkę, czy żyłkę stosuję długi  25m odcinek przyponu strzałowego, a w zasadzie asekuracyjnego z grubej żyłki mono o średnicy 0,60mm.

    11.

    Po braniu ryba odjeżdża kawałek i parkuje w zielsku. Płynę po nią na luźnej żyłce, nie popieram darcia na siłę , ani podciągania się pontonem do ryby.  Płynę sobie po karpia, spokojnie likwidując luz. O wiele łatwiej jest kiedy mam ponton z silnikiem, natomiast na mniejszych odległościach na „wiosełkach” też można ogarnąć. Tak naprawdę ryba jest zacięta, ciężarek ewentualnie kamień dawno spadł,  więc nie widzę potrzeby szarpania się z karpiem, który spokojnie czeka na mnie w zielsku. Im więcej spokoju wykażecie tym mniej zaczepów złapie po drodze walcząca ryba. W kwestii przynęt i zanęt powiem tak, ilu łowców tyle skutecznych kombinacji.

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

    Moimi ulubionymi letnimi smakami jest Kałamarnica &Pomarańcza i  Szalony Homar, a także nowość na ten rok X-Berry na którą udało mi się złowić rybę +25kg. W związku z wysoką temperaturą wody i tym, że chcę przebić się przez wiele różnych występujących w niej o tej porze zapachów wybieram kulki o wyraźnych mocnych aromatach.

    7..Od wielu lat używam Superfeedów i jak już znajdę czas, żeby pojechać na ryby to z reguły coś łowię. Wolę mniejsze średnice kulek gdyż są one dla karpi bardziej naturalne. Cześć zanęty sypię punktowo na zestaw, a resztę rozsypuję na większej powierzchni nawet po zielsku, żeby karpie szybciej ją odnalazły. Jest lato, woda ma wysoką temperaturę i rozchodzi się w niej wiele sygnałów zapachowych, związanych nie tylko z pokarmem. Pamiętajcie o tym, że musicie się przez nie przebić i dopalcie swoje przynęty jakimś dipem SuperFeed.

    15+

     

    Tomek Wasilewski

  • Podsumowanie sezonu 2015 z Tandem Baits

    Po 2014 roku, moim pierwszym sezonie karpiowym pełnym nauki, eksperymentów , testów, niekończących się rozmów z nowopoznanymi kolegami karpiarzami, przyszedł nowy 2015 rok. Mój drugi sezon karpiowy. Przetestowałem różne zapachy, wielkości, kombinacje zestawów kulek, dipów, pudrów, pelletów. Po wielu próbach i testach skuteczności polecanych przez kolegów przynęt, postawiłem na jednego producenta najskuteczniejszych według mnie kulek proteinowych. Była to firma Tandem Baits.

    Zdecydowałem, że będę łowił cały sezon na te właśnie kulki, które na naszym łowisku okazały się naprawdę skuteczne. Od początku stosuję zestaw CF Perfection Hookers 18 mm podwieszony CF Perfection Pop Up 16 lub 18 mm, czyli klasycznego bałwanka o zapachu Japońskiej Kałamarnicy, wspomaganego Powder Dipem o tym samym zapachu. W lecie dołożyłem do moich zestawów nowe kulki z serii SperFeed Fluo Pop Up Kałamarnica&Pomarańcza, oczywiście Tandem Baits. Do nęcenia używam kul Carp Food Boilies o zapachu Japońskiej Kałamarnicy, pelletu Aller Aqua oraz gotowanej kukurydzy. Stosuję nęcenie punktowe przy zestawie wywożonym łódką zanętową.  Kulki są bardzo skuteczne w każdych warunkach niezależnie od pory roku.

    P1040740

     

     

     

     

     

     

     

     

    Zawsze miałem dużo brań zarówno w dzień jak i w nocy. Od początku maja do końca października między 10 a 25 brań w ciagu 1 doby. Rok 2015 był dla mnie sezonem nowych rekordów. Złowiłem łącznie ponad 2300 kg ryb w tym 166 amurów – moje nowe PB: 15,2 kg. 59 karpi – moje nowe PB: 21 kg, 15 sumów – moje nowe PB: 34 kg i 1 tołpygę – 27,5 kg. Wszystkie te ryby zostały złowione na kulki Tandem Baits, tylko na jednym łowisku w ciągu 6 miesięcy. Wszystkie zasiadki miały charakter weekendowy. W przyszłym sezonie nie mam zamiaru nic zmieniać i na pewno pozostanę przy moich najlepszych, sprawdzonych kulkach Carp Food Perfection Hookers o zapachu Japońskiej Kałamarnicy. Wielu moich kolegów widząc moje wyniki nad wodą, przekonało się do skuteczności przynęt Tandem Baits.

    Pozdrawiam.

    Jarek Poręba.

  • Diabelska skuteczność

    Każdorazowo po skutecznej, czyli zakończonej wyholowaniem karpia zasiadce, zadaję sobie pytanie, dlaczego właściwie wziął? Każdy z karpiarzy ma na to swoją koronną teorię i w większości przypadków, nie skupia się ona na przynęcie samej w sobie. Tak jest także w moim przypadku. Choć nie całkowicie… Rozwijając powyższą myśl, chciałbym opowiedzieć Wam o moim ostatnim wyjeździe wraz z kolegą na zbiornik Nowaki. Po przyjeździe nad wodę zastały nas nie najlepsze informacje – biorą bardzo słabo, w dodatku ryby nie przekraczające 10kg. Koledzy siedzący bliżej płytkiej zatoki w końcu zbiornika, opowiadali o kotłujących się rybach, które absolutnie nie interesują się przynętami podkładanymi pod nos…

    Mając do dyspozycji 6 kijów postanawiamy łowić właściwie na całej szerokości zbiornika, mając nadzieję, że natrafimy na ścieżkę mimo wszystko przemieszczających się ryb. Łowimy płytko, głęboko, blisko, daleko, po środku i przy trzcinach – noc z piątku na sobotę nie daje nam jednak ryby. Jest źle. Źle ponieważ nie mamy ryby, jednak nadzieję budzi coraz silniej wiejący zachodni wiatr, który w naszej opinii musi ruszyć ryby – trzymamy kciuki aby wiał nieprzerwanie. Pewni swojej strategii, nie ruszamy naszych zestawów do późnego popołudnia. Szczęśliwie wiatr nie tylko nie przestawał wiać – przeciwnie – wzmagał się wprost proporcjonalnie do naszego optymizmu. W okolicach godziny 16, dało się zauważyć coraz śmielsze spławy, także w okolicach naszych zestawów oraz pojedyncze piknięcia sygnalizatorów, które w mojej opinii świadczyły o pojawieniu się ryb w łowiskach – brania jednak nie następowały. Nasze zestawy zostały przewiezione i donęcone – ostatni z nich powędrował do wody już na szarówkę.

    Entuzjazm spadł, kiedy 5 minut po wywiezieniu ostatniego zestawu na jednej z wędek zameldował się szakal – leszcz może dałby radość na delikatnym feederze jednak perspektywa kolejnej wywózki przy tak silnym wietrze skutecznie działała na i tak już nadwyrężone nerwy. Sytuacja pogorszyła się, kiedy w kolejne 5 minut po wywiezieniu zestawu, na innej wędce, swinger opadł zwiastując kolejnego niechcianego amatora naszej zanęty. Tym razem jednak kij wygiął się mocno, drgnął dwukrotnie po czym moim oczom ukazała się piekielnie rozczarowana mina Krzyśka gdy ryba puściła przynętę. Spadł. Pierwszy, najprawdopodobniej karp, spadł w chwilę po braniu – dodam, że była to pierwsza spinka na blowback rigu której byłem świadkiem od bardzo, bardzo dawna.

    W tym momencie, zwaliłem to na statystykę – kiedyś spaść musiał. Coś nie pozwalało nam zasnąć, siedzieliśmy w milczeniu pośród hulającego wiatru, czekając na kolejne branie prawie jak na pewniak. Nie myliliśmy się – około godziny 24 swinger delikatni przypiął się do wędki a hamulec oddał kilkanaście centymetrów żyłki gdy poczułem przyjemny opór po drugiej stronie wędki. Zadowolenie momentalnie przerodziło się w irytację, kiedy ryba, ponownie po kilku sekundach spadła… Teraz już byłem pewien, że coś jest nie tak. Już w trakcie zwijania do końca zestawu, w mojej głowie, prawdopodobnie pod wpływem silnych emocji ułożyła się myśli i pomysł co zrobić aby nie stracić kolejnej ryby – jeśli w ogóle nastąpi branie. Uznałem, że ryby w związku z deficytem tlenu w wodzie, były w swoistym letargu, z którego dzięki silnemu, wiejącemu od kilkunastu godzin wiatrowi się budzą. W związku z tym, nie pobierają zbyt intensywnie pokarmu i wydłużone włosy moich przyponów które mają chronić mnie przed leszczami uniemożliwiają mi zacięcie karpia.

    Natychmiast postanowiłem zmienić przypon i jak najszybciej umieścić zestaw w wodzie. Na włosie tak jak wcześniej założyłem krytycznie wyważonego bałwanka z pop upa i hookersa Diabelska Słodycz – jeden z czterech smaków obok homar&rak, kałamarnica&pomarańcza oraz kremowej truskawki na które łowię. To właśnie diabelska słodycz dała mi kilka ryb w tym +20 podczas 12 godzinnej zasiadki w maju na nowakach, oraz pięknego pełnołuskiego dzikusa z wody związkowej – także +20kg.Niestety wiatr nieco zelżał, sygnalizatory nie wydały z siebie nawet jednego piku a ja otworzyłem oczy i ujrzałem niedzielny poranek. Nie przyszły. Trzeba się zwijać, aby złapać trochę niedzieli w domu. Ponieważ było nas dwóch, składanie szło szybko. O 9:30 Nasz phantom był już w pokrowcu a ja awizowałem żonie obecność w domu nie później niż w południe.

    Musiałem przerwać nagle rozmowę ponieważ swinger moje środkowej wędki – tej z której w nocy spiąłem rybę, przykleił się do wędki i ani drgnął. Podniosłem kij i poczułem mozolny opór. Jest dobrze, jednak mocno martwię się, aby ryba nie spadła. Ta dość ciężko, jednak daje się zwijać nie podejmując specjalnie walki. Ponieważ ciężarek spadł, karp dość szybko wyszedł do powierzchni o dał się dosłownie zwinąć w linii prostej od miejsca gdzie położony był zestaw – nie byłem nawet w stanie przeprowadzić go do miejsca podbierania i Krzysiek musiał podebrać go prawie pod stojakiem! Najważniejsze, że skutecznie. Ryba jest duża – jest dobrze. Karp waży 21,5kg co w okolicznościach jakie miały miejsce kilkanaście minut temu, porównałbym do obfitego deszczu po kilku miesiącach suszy. Kolejny raz się udało!

    Powracając do początku powyższej relacji chcę zwrócić uwagę, że choć pewnie w opinii wielu z Was przynęta sama nie łowi, z czym się także zgadzam – w przeciwnym razie nie zmieniałbym przyponu i zarzucał byle gdzie, nie próbując znaleźć rozwiązania sytuacji w której się znalazłem, to jednak nie zwalałbym na dzieło przypadku złowienia 3 ryb +20kg właśnie na ten zestaw. Dlatego w moim przypadku Diabelską Słodycz, uważam za Diabelsko Skuteczną.

    Pozdrawiam,
    Marcin Dębski

  • Powrót do przeszłości

    Wydarzenia jakie miały miejsce z mojej ostatniej tygodniowej zasiadki, prawie po 15 latach wspaniałej przygody z karpiarstwem, zmusiły mnie do pewnych refleksji i podsumowań danego okresu. Choć pasja łowienia ryb tkwiła we mnie od dzieciństwa, to jednak mój ukochany Dziadziuś zawsze chciał, bym został myśliwym. Pomimo jego uporu, uciekałem w kierunku wody i wszystkiemu, co z tym związane. Moje pierwsze kroki, a raczej kroczki, w kierunku łowienia karpi, stawiałem w roku 2000, kiedy to z moim serdecznym przyjacielem, Andrzejem Gronkowskim, zaczynaliśmy pierwsze zasiadki.

    Pochodzę z miejscowości Jarosław, leżącym w województwie podkarpackim. W tamtejszych rejonach karpiarstwo nie było nazbyt rozwinięte w owych latach. Ograniczony dostępu do jakichkolwiek informacji związanych z łowieniem karpi, nie wspominając o braku możliwości zakupu podstawowych klamotów profesjonalnego karpiarza. Pamiętam chwile, gdy siedząc przy czasopiśmie: „Wiadomości Wędkarskie” oraz czytając artykuły Przemka Mroczka, marzyliśmy z Andrzejem o kołowrotkach typu: Big pit. Natomiast o kulkach proteinowych wiedzieliśmy tylko tyle, że są okrągłe, zakłada się je na włos (co też do końca jeszcze nie było dla nas zrozumiałe) oraz, że za ich pomocą łowi się karpie. W miejscowym sklepie wędkarskim, oferta skierowana dla karpiarzy była bardzo uboga. Dostępny był tylko jeden rodzaj kulek, niewiadomego pochodzenia, niewiadomego producenta, spakowanych w workach pięćdziesięciokilogramowych, wysuszone na kamień, w dwóch wersjach zapachowych: wanilia i truskawka. Jak to jednak w życiu bywa, w poszukiwaniu „lepszej przyszłości”, w 2003 roku przeprowadziłem się do Poznania.

    Ku mojemu zdziwieniu a zarazem wielkiej radości, okazało się, że jak na tamte czasy stolica wielkopolski okazała się być dla mnie „rajem karpiowym”. Poznałem masę wspaniałych ludzi, ze sporym bagażem doświadczeń i ogromną wiedzą w tej dziedzinie. Nareszcie namacalnie mogłem poczuć produkty dobrej jakości, skierowane tylko dla Nas. W tamtych czasach, na rynku polskim istniały praktycznie tylko trzy firmy z ofertą sprzętu karpiowego, w tym jedna rodzima, a mianowicie Tandem Baits. I to głównie na te produkty łowiłem w tamtych czasach.

    Pamiętam jak wspaniałe wyniki miałem na moje ulubione kulki: wątroba & scopex, które nazywałem „plowami”, ponieważ po otwarciu opakowania pachniały jak w pomieszczeniu stolarni. Karpie jednak je uwielbiały i to było najistotniejsze. Kolejne kultowe już kulki to wersja: impact krab & banan, również uwielbiana prze ze mnie do dzisiaj. I nadeszła „era szału” na angielskie marki, która trwała bardzo długo, doprowadzając mnie do swojego rodzaju stagnacji, o której uświadomiłem sobie dopiero w ostatnim okresie. Wiosną tego roku wybrałem się nad jedną z wód pomorza, gdzie miałem przyjemność poznać Tomka Wasilewskiego. Przez kilka dni spędzonych nad wodą mieliśmy okazję porozmawiać na tematy czysto prywatne zupełnie nie związane z karpiami, ale i sporo czasu (jak to na zasiadkach bywa) spędziliśmy na rozmowach o Naszej pasji. I tu, po powrocie z bardzo owocnego wyjazdu coś mnie tchnęło.

    Zadałem sobie pytanie: „Dlaczego tak daleko odbiegłem od Naszych rodzimych firm, które dawały mi lata temu tyle radości z wyholowanych ryb? Uświadomiłem sobie również, że tak naprawdę moje „życiówki” ( po za jednym przypadkiem), złowiłem właśnie na kulki Tandem Baits. Może to przypadek, bo dobrze wiem, że najlepsza przynęta w nieodpowiednim miejscu i w złych warunkach i tak nie zda egzaminu, choćby miała śpiewać serenady karpiom. Ale nie mogę też wykluczyć danej analizy. Na przełomie czerwca i lipca 2015 roku, wybrałem się na zaplanowany, tygodniowy wyjazd nad Jezioro Krążno na kaszubach. Po dotarciu na stanowisko, mym oczom ukazała się przepiękna, polodowcowa woda, która w chwilach nasłonecznienia wpadała w błękitno-zielony lazurowy kolor.

    Po przeprowadzonej rozmowie z właścicielem łowiska, Tomkiem (tak na marginesie w moim odczuci rewelacyjny facet), rozpocząłem swoją przygodę z nieznaną mi dotąd wodą, kryjącą wiele wspaniałych ryb. Początek zasiadki dał mi sowicie popalić. Burze nie pozwalały mi na rozbicie obozowiska a o sondowaniu wody nie było nawet mowy. Mając czas, zacząłem wstępnie przyjmować taktykę, która miała za zadanie obłowienia jak największego rejonu wody przynależącego do mojego stanowiska. Trzy zestawy, trzy różne miejsca i specyfikacje dna. Pozyskałem również pewne informacje na temat stosownych sposobów łowienia na tej wodzie, przez stałych bywalców. Jednakże jestem osobą lubiącą próbować nowych rzeczy i staram się unikać utartych już stereotypów. Miejscowi karpiarze, co do mojej taktyki przekonani nie byli, delikatnie dając do zrozumienia, że w ten sposób jeszcze nikt tu nie łowił. Strasznie spodobało mi się również sformułowanie jakiego używali: „ Dane stanowisko nie pracuje”( w pozytywnym tego słowa znaczeniu ). I właśnie do takich należało moje, o numerze 5. Przez pierwsze trzy dni siedziałem bez żadnego brania. Stanowisko obok zasiadywał Grzegorz, tester jednej z firm polskich. Sąsiad przedstawił mi całą ofertę dipów, boosterów, liqudów, pelletów i oczywiście kulek proteinowych. Szczerze przyznam, że niektóre bardzo przypadły mi do gustu. Tego też dnia Grzegorz złowił dwa piękne golce, 23.600 kg i 13.500 kg - właśnie na kulki testowe. Ja nadal siedziałem bez brania. Do zakończenia zasiadki pozostały tylko trzy doby. W środę dojechała do mnie moja dziewczyna, Kamila. Opowiedziałem jej co się działo przez te parę dni. Brania ogólnie były sporadyczne na całej wodzie, jednak jak już coś uderzyło, to była to najczęściej duża ryba. Wiedziałem również, że karpie akurat były przed tarłem, być może właśnie już się gdzieś grupowały? Lista pytań w mojej głowie się zwiększała, morale opadły.

    Mam jednak wspaniałą kobietę, która zawsze potrafi zmotywować mnie do działania. Przeanalizowałem wówczas co się działo na wodzie od momentu kiedy przyjechałem oraz jakie nastały w tym czasie zmiany. Od rozpoczęcia zasiadki przez pierwsze dwa dni (podczas sondowania) większe ryby znajdowały się przy dnie. Natomiast kolejne dni to dni narastających temperatur i delikatnego podnoszenia się ciśnienia. Echosonda pokazywała ryby zarówno rano, w południe jak i późnym wieczorem, w toni ok 2-2.5 metra pod taflą wody. Zig rig w dzień nie przyniósł mi ryby. Mogło to wynikać z faktu, iż dopiero „raczkuję” w zigrig’owaniu. Dotarła do mnie również myśl o tym, że kolega obok łowi na nasze rodzime przynęty, mając wyniki. Wyciągnąłem wówczas ze swojej torby kilka paczek kulek TB. Zacząłem robić zestawy.

    Wówczas Kamila, powiedziała, że chce wybrać kuleczki na jeden zestaw. Zgodziłem się, nie mając już nic do stracenia. Wybór padł na kulki Carp Food Perfection Pop up Scopex&Wątroba 18mm plus kulka Superfeed Kałamarnica&Pomarańcza 18mm. Zestaw, ze względu na podnoszące się ciśnienie i ryby w toni, postanowiłem podnieść na noc na miękkim przyponie. I tak umieściłem go na głębokości około 8.5 metra, w rowie, pomiędzy spadkiem wynikającym z brzegu jeziora a podwodną wyspą, która tworzy swego rodzaju równy blat o szerokości około 4-5 metrów. Zestaw zasypałem 2 kilogramami kulek Superfeed Kałamarnica&Pomarańcza 18 mm.

    Mijały kolejne godziny i zbliżała się ostatnia noc wyjazdu. Aktywności ryb nie było widać. Ustały barania na całej wodzie, które i tak były sporadyczne przez cały tydzień. Pogodzony, lecz pełen optymizmu położyłem się spać (tym razem na świeżym powietrzu). Po spokojnej nocy Kamila udała się do lasu na jagody. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nagle odezwał się sygnalizator z pojedynczym „pi” na centralce. Pomyślałem sobie, że napływające wysepki zielska, odrywającego się od dna, ocierają się o żyłki. Po chwili usłyszałem kolejny, pojedynczy dźwięk. Z doświadczenia wiem, że takiej sytuacji już nie wolno lekceważyć. Natychmiast wstałem z łóżka i zauważyłem naginającą się szczytówkę wędziska.

    Mam delikatny odjazd podnoszę wędkę i jest!!! W początkowej fazie holu miałem wrażenie że mam małą rybę, ale ten fakt wynikał że część mojej żyłki znajdowała się pod roślinnością wysokości około 2 metry, która obrastała stok. Uświadomiłem sobie że mój kontakt z rybą jest kiepski i będę miał spore problemy z jej wyholowaniem. Po około 5 minutach miałem już rybę blisko podbieraka, jednakże roślinność, która oplatała zestaw końcowy nie pozwalała mi realnie ocenić wielkości ryby na haku. Dosłownie przed samym podbierakiem wyłoniło się potężne cielsko, delikatnie przewalając się przede mną. Nogi miałem jak „z waty” a ręce trzęsły mi się bez opamiętania. Kolejny problem pojawił się, gdy zauważyłem, że karp jest zapięty na luźnym przyponie, tuż za porostami. Znałem doskonale sytuacje tego typu z innych wód, gdzie karpie, w momencie luzu, potrafiły wypiąć się poprzez potrząsanie łepkami. Dotarła do mnie myśl, że mam tylko jedną szansę. Tylko jedno podejście przy podebraniu. Na granicy wytrzymałości zestawu (myślę, że i nawet wędziska) wciągnąłem rybę do podbieraka.

    Wraz z nią ogromne ilości roślinności zatem nadal nie widziałem wielkości karpia. Po chwili walki z wodorostami, ku mojej uciesze, ukazała się „bestia”. Wiedziałem już, że złowiłem swój nowy Personal Best, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że złowiłem Berrego, prawdopodobnie największego mieszkańca tej wody!!! Byłem sam na stanowisku więc postanowiłem na chwilę schować rybę do worka, by móc podejść do sąsiadów po pomoc. Oznajmiłem im, że wyholowałem karpia, w moim odczuciu 20+. Podczas wyciągania ryby z worka, na macie ukazał się Nam potężny golec, a miejscowy kolega Mariusz, oznajmił Nam, że jest to prawdopodobnie Berry. Rozpoznał go po charakterystycznej łusce przy skrzelach.

    Zamarłem. Wiedziałem, że ten sam karp został złowiony miesiąc wcześniej i ważył 29.300 kg. Oficjalne ważenie karpia ukazuje 32 kilogramy z workiem. Po odjęciu 1.6 kg wagi worka, ważył 30.400 kg!!! Nie potrafię nawet opisać, co wtedy czułem. Ogromne emocje przeplatające się z dozą radości, niedowierzania, braku świadomości co się wydarzyło. W momencie kiedy piszę ten artykuł, nadal nie dociera do mnie, że złowiłem ponad 30 kg karpia, na polskiej wodzie i w dodatku na polskie kulki!!!

    Na koniec jeszcze pragnę Wam powiedzieć, że było to jedyne branie na tej zasiadce! Możecie powiedzieć fart, „szczęście głupiego”, ale ja wiem, że była to dobrze przemyślana taktyka, odpowiedni moment, miejsce i przynęta. Ja już dzisiaj wiem że marzenia się spełniają a powrót do przeszłości i kulek Tandem Baits dały mi Rybę Życia. Czego i Wam życzę z całego serca!!!

    Pozdrawiam Arkadiusz „Kasza” Kaszycki

  • Szalona 20-stka na Szalonego Homara

    Zaczynając ten tekst nie sposób nie nadmienić faktu iż wodę tą „naciskam” od 3 lat, robiąc przerwy każdego lata, spędzam tam kilkanaście nocek wiosną, oraz tyle samo jesienią. Jest to woda PZW, która leży nieopodal mojego miejsca zamieszkania. Niestety miejscowi upodobali sobie ten akwen jako miejsce do wypoczynku i rekreacji, w zależności kto i jak nazywa te rzeczy po imieniu w ich przypadku zabawa jest bardzo huczna, co niekiedy wyklucza łowienie. Dlatego każde podejście traktowałem szczególnie i z rozmysłem, chodziło głównie o zwiększenie swojej szansy na trafienie migrujących karpi wzdłuż kanału. Dotychczas udało mi się tam złowić kilka sztuk o wadze kilkunastu kilogramów, walka z każdym z nich była niesamowita, podwodne drzewa oraz wszędobylskie grążele nie ułatwiały mi zadania. Jednak im trudniej tym lepiej, mam wtedy pewność że nie każdy mógł złowić i zabrać te piękne stare karpie. Tak się dzieje z tutejszymi rybami, miejscowi nie przepuszczą niczego co ma więcej jak 5cm. Co jest rzeczą  niestety smutną ale prawdziwą, oraz powtarzającą się na wielu akwenach w naszym kraju. Po krótce przybliżyłem wam charakter mojej leśnej miejscówki, gdzie tego szczęśliwego dnia było mi dane stoczyć walkę z jedną z podwodnych zapomnianych lokomotyw.

     

     

     

     

     

     

     

     

    Chcąc wykorzystać w pełni wolny czwartek, jeszcze w środę wieczorem zaraz po pracy pakujemy się razem z moją dziewczyną w auto i jedziemy kilkadziesiąt kilometrów żeby znaleźć się w okolicach zalewu Zegrzyńskiego. Już na miejscu widzę że moje miejsce jest zajęte przez kąpielowiczów, a obok miejscówki przez wyżej wymienionych „wędkarzy” którzy mają po kilka szczupaków w siatkach. Dogaduję się z nimi i czekam aż odjadą, wynikiem tego moje zestawy lądują w wodzie tuż przed zachodem słońca. W tym roku mocno katuję Szalonego Homara z serii SuperFeed od Tandema, z jednej bardzo ważnej przyczyny, po prostu czuje w tej kulce moc. Postanawiam podbić owocem i wracam do mojego starego pudełka z pływakami ananasowymi, z racji tego iż ryby także gustują tu w słodkościach. Obydwa zestawy lądują naprzeciwko w strefie podwodnych drzew, które nie dają za wiele możliwości. Kije ustawione niemal na sztywno leżą w wodzie, a obok nich nęcę dużą dawką drobnego pelletu TB Carp XL Pellets 4mm Ananasowy Sok i kilogramem kulek „Crejziego” Noc szybko minęła i ku mojemu zdziwieniu nie było żadnego brania, które na tej wodzie występują tylko i wyłącznie w nocy.

     

     

     

     

     

     

     

     

    Nad ranem siedzimy i jemy kanapki kiedy naszą konsumpcję przerywa wycie sygnałka i gnący się kij, podbiegam zacinam i czuję jak… z prawej strony ściąga mnie spinningista. Nawet mnie to nie dziwi, łowienie w kanale tak się kończy. Po kilku okrzykach i krótką konsultacją z wędkarzem odzyskuje poszarpany zestaw. Siadam do kanapek i mówię „zwijam ten drugi, bo zaraz mnie pościągają” kończę to zdanie czekam około 10 minut i… znowu jedzie. Tym razem lekko zdenerwowany podchodzę do wędek i rozglądam się po brzegu, to samo moja dziewczyna. Kij gnie się a z kołowrotka ciężko ale wychodzi żyłka, jakie było moje zdziwienie gdy na brzegu ani po mojej stronie, ani naprzeciwko nie było nikogo. Szybkie podniesienie wędki i „siedzi” oboje jesteśmy w szoku, nigdy nie mieliśmy tu brania w dzień, tym bardziej przy takim hałasie. Kij wygięty maksymalnie, a ryba wchodzi w koryto i nawiązuje się mocna walka, niestety długo jechała i kieruje się w stronę podwodnego drzewa pod moim brzegiem. Wchodzi w nie na samym końcu, ja stawiam wszystko na jedną kartę i dokręcam hamulec i operuje tylko kijem. Wychodzi! Dalej są grążele, ledwo co je widzę ale rozchodzą się i karp znowu wychodzi! Już tylko trzciny i będzie naprzeciwko nas, kieruje się powoli i majestatycznie idąc przy samym dnie.

    DSC_0055 DSC_0042

     

     

     

     

     

     

     

     

    Dopiero po kilku minutach wychodzi pierwszy raz, nogi mam jak z waty, a moja Niunia uświadamia sobie że musi wejść do wody, mówi mi że się boi. Ja mówię „spokojnie masz jedno podejście” i po około 5 odbiciach w głąb wody, co wyglądało przecudownie i do dziś żałuję że nie miałem swojego garmina na głowie, ląduje w podbieraku. Nie wierzę własnym oczom co za zwierzę leży w siatce, szybko chcemy go wyjąć ponieważ słońce operuje bardzo mocno. Dziewczyna nie daje rady ja na skarpie także z ledwością, ważymy rybę i nie wierzę po odjęciu worka wychodzi równe 20kg! Ryba ważona była na Rubenie z flagą Polski! Jest moja szalona 20 na szalonego homara! Buziak z dziewczyną na znak wygranej i szybka sesja, która kończy się w wodzie. Jeszcze ostatni buziak dla mojej złotej rybki i wraca do swojego domu, robię to bardzo ostrożnie tak aby miejscowi mięsiarze widzieli jak najmniej. Po zeszłorocznej gołej rybie 20,80kg teraz mam pełnołuską śliczność równe 20kg. Kocham to! Na zakończenie łowienia dorzucam 3kg szalonego homara 18mm. Teraz już wiem dlaczego nazywa się szalony, jest stworzony dla takich ludzi jak ja… Szalonych!

    DSC_0020

    Adrian Modzelewski.

  • W pogoni za czasem

    Obecnie, niewielu z Nas, Karpiarzy, dysponuje taką ilością czasu, aby "nasycić" się łowieniem karpi. Zakładam, że większość z Was, już podczas zasiadki planuje następną wyprawę, a wracając samochodem do domu po spakowaniu w pocie czoła wszystkich gratów, w głowie już zaczyna gorliwie odliczać czas - dni, a w końcu godziny, kiedy to, po raz kolejny możliwym będzie stanąć nad brzegiem łowiska, po krótkiej lub dłuższej podróży, z błogą myślą, że oto przede mną dwa, trzy lub więcej dni, które spędzę w spokoju, odcięty od pędzącego świata cienkim, zielonym materiałem o wytrzymałości dziesięciu tysięcy milimetrów słupa wody. "Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić" - choć jest to chińskie przysłowie, które najprawdopodobniej zostało pierwszy raz wypowiedziane bardzo dawno temu, prawie bezbłędnie odzwierciedla myśl jaka pojawiła się w mojej głowie we wtorkowe majowe popołudnie, kiedy to postanowiłem pojechać na ryby w środku pracującego tygodnia, wykorzystując tylko tę krótką chwilę pomiędzy 17:00 a 9:00 dnia następnego.

    W teorii 16 godzin. Myśl ta pojawiła się, kiedy zdałem sobie sprawę, z mojego krytycznego położenia. Następna zasiadka za 4 weekendy. Epoka. Wiosny już nie będzie. Pomimo tego, że uwielbiam być nad wodą i łowić ryby, prawie od razu zacząłem wyszukiwać problemów, w realizacji planu. Trzeba się spakować, a nie ma na to czasu, przygotować zanętę, a nie ma na to czasu - poza tym z marszu pewnie i tak nic nie złowię, a z resztą nie ma gdzie, nie nęcę w tej chwili żadnych miejscówek więc ostatecznie wyjazd skończy się na męce rozkładania, snu w samochodzie i jeszcze większej męce składania - bo pewnie bez ryby… Wówczas przypomniałem sobie inne powiedzenie - "człowiek ma w życiu albo wymówki, albo wyniki" - problemy zniknęły, a myśli zaczęły układać się w plan. Byłem w domu! Ponieważ w środę musiałem być służbowo w Krakowie, wybrałem łowisko na trasie mojego przejazdu w drodze powrotnej do Wrocławia. 30 km do autostrady są Nowaki - woda na której byłem już wcześniej i która może dać piękne ryby. Szybki telefon i rezerwacja. W głowie zaczęła się układać strategia łowienia - mam realnie 12 godzin jakie zestawy spędzą w wodzie. Reszta to czas operacyjny na organizację po przyjeździe i powrót.

    DSC_2370 DSC_2337 Postanowiłem, że każda z 3 wędek powędruje w diametralnie różniące się miejsce – bez większej straty czasu, maksymalnie zwiększę moje szanse na lokalizację, a finalnie kontakt z rybą. W momencie, kiedy któreś z miejsc zapracuje, zostanie donęcone dużą ilością drobnej zanęty na poszerzonym obszarze, abym mógł przenieść w nęcisko dodatkową wędkę. Ponieważ nie było szans na przygotowanie ziaren, zaopatrzyłem się w 10kg SuperFeed Micro Pellet - 5kg 2mm i tyle samo 4mm, oraz 3kg 14mm kulek z serii SuperFeed - Diabelska Słodycz - smak na który udało mi się złowić w tym roku kilka ryb powyżej 10kg.Po dotarciu nad wodę uświadomiłem sobie jakie zadanie mnie czeka... Deszcz oraz silny wiatr byli moimi pierwszymi przeciwnikami. Po ekspresowym przygotowaniu pontonu ruszyłem na wodę. Wiejący w tamę wiatr wskazał pierwszą miejscówkę, na 5m głębokości, około 2 metrów od podstawy budowli. Kolejny zestaw miał powędrować w najgłębszy rów – przy obecnym stanie wody, 6,2m. Pierwotnie, trzecie miejsce planowałem w niedalekiej odległości od rowu – na jakichś 5 metrach przy spadku, jednak zwróciłem uwagę na dwa spławy w połowie odległości między brzegiem a moją najgłębszą miejscówką. Cykadło pokazało 4m, a ponieważ nie lekceważę wskazówek dawanych przez same karpie w najbardziej widowiskowy sposób, moja bojka została umieszczona właśnie w tym miejscu. Każdą z miejscówek „otworzyłem” w ten sam sposób. Po kilogramie SuperFeed Micro Pellet 2mm i 4mm rozsypanego dość spójnie, ponieważ przy opadaniu, nęcony obszar znacznie się rozszerzy, oraz po pół kilograma Diabła w obszarze około 12-15m2.

    GOPR0633 GOPR0669

     

     

     

     

     

     

     

     

    Idea była taka, aby większe ryby które dotrą w łowisko po drobnicy, musiały się poruszać przy stole nim się najedzą – przy okazji natykając się na interesujący jasno fioletowy smakołyk – Diabelsko Słodkiego bałwanka – taki zestaw również powędrował w każdą z miejscówek. Nadszedł czas na umieszczenie zestawów w wodzie, co przy wywózce w pojedynkę, pontonem bez silnika przy tak silnym wietrze, okazało się największym wyzwaniem tej sesji. Jakkolwiek, po przemoczeniu każdej z części mojego stroju, kilka minut po 19, komplet moich zestawów był w wodzie. Spanie zorganizowałem na fotelu pasażera i po przebraniu się w ciepłą odzież, ze spokojem zagłębiłem się w lekturę książki. W międzyczasie odwiedził mnie znajomy łowiący kilka stanowisk dalej (niestety byłem już po wywózkach…) informując mnie, że od 10:00 kiedy łowią nie mieli brania. Inna ekipa od poniedziałku miała 2 ryby. Pozostając optymistą, pomyślałem, że noc pokaże i po wypaleniu wspólnie papierosa, powróciłem do lektury, a niedługo później, wymęczony wiatrem deszczem i pontonem postanowiłem złapać energię na kolejny dzień w pracy. Z kolejnym przeciwnikiem tego wyjazdu, dane było mi się zmierzyć chwilę przed północą. Sygnalizator skrajnie prawej wędki, bezlitośnie przerwał mój sen. Standardowo, czułem się jakbym stał obok siebie, jednocześnie próbując ustabilizować swoje tętno po majestatycznym poślizgu na mokrej trawie w drodze do wędki.

    DSC_2366 DSC_2305

     

     

     

     

     

     

     

    A więc jest. Pierwsze wrażenie, nim spadł ciężarek nie było najlepsze, krótkie nerwowe szarpnięcia są charakterystyczne dla mniejszych ryb, jednak chwilę później kiedy ja oprzytomniałem, ryba także przełączyła się z fazy szoku na przetrwanie i jednostajnym zdecydowanym ruchem, ruszyła w głąb akwenu. Przez następnych kilka minut, trwał spór pomiędzy mną a rybą – czy to ja będę miał więcej plecionki na kołowrotku, czy ona będzie dalej od brzegu – zupełnie jak wahadło zegara – w tą i z powrotem. Ostatecznie ryba skapitulowała i podejmując ostatnią próbę schowania się w przybrzeżnym tataraku pokazała się, jednocześnie wykładając i dając się podebrać. Było bardzo dobrze. Zasadniczo, w tym momencie, mógłbym spakować się i wrócić do domu. Wówczas jednak nie zatrzymałbym chwili przy pomocy fotografii. Przed trafieniem do worka, ryba została zważona. Wytarowana waga pokazała 21,3kg – cudownie! Kwadrans po północy, w wodzie ponownie leżał zestaw, dosypany dwoma kilogramami SuperFeed Micro Pellet 2mm i 4mm oraz jak wcześniej połową paczki Diabelskiej Słodyczy 14mm. Kolejna ryba obudziła mnie o 2:00 – ta sama wędka – pełnołuski wariat – 10,5kg – ryba została wypuszczona zaraz po zważeniu – do porannej sesji miałem dwa razy większego kolegę. Nim zdążyłem przygotować się do kolejnej wywózki, niemrawo odezwał się sygnalizator wędki, której zestaw spoczywał na 6,2m – jeszcze nim zaciąłem, wiedziałem co jest grane. Wcześniej, montując zestawy, na tej wędce, założyłem gotowy przypon z krótszym włosem, jaki miałem w piórniku i wcześniej stosowałem do pojedynczej 12mm kulki bardzo wczesną wiosną. Taki zestaw, w połączeniu z tym sposobem nęcenia musiał prędzej, czy później ukłuć płoć. Postanowiłem realizować swój plan i po zmianie przyponu na taki z dłuższym włosem, wywiozłem obie wędki mniej więcej w odległości 15m od siebie.

    DSC_2318 GOPR0632

     

     

     

     

     

     

     

     

    Nowy zestaw zasypałem pozostałym SuperFeed Micro Pellet oraz kulkami jak wcześniej. Na szary świt, dołowiłem kolejnego karpia – 11kg, który także po zważeniu trafił do wody. Ponownie zapracowała prawa skrajna wędka. Tym razem donęcona już tylko kulkami – Micro Pellet pracował na dnie. Ja zaś postanowiłem złapać ostatnie chwile snu przed pakowaniem się i odjazdem. Pierwszy raz tej nocy, obudził mnie telefon od czasu – budzik! Kiedy słońce tego poranka było już nieco wyżej, a ja w większości byłem już spakowany, wciąż zaprzątał mi głowę problem jaki ma każdy łowiący samotnie karpiarz kiedy złowi piękną rybę – jak zatrzymać chwilę na zdjęciu? O ile mogłem odżałować dwie wypuszczone w nocy ryby, o tyle piękny golas w worku musiał zostać uwieczniony. Po nieudanych próbach ustawienia samowyzwalacza z pomocą przyszedł kolega Karpiarz, za co bardzo mu dziękuję, szczególnie, że zdjęcia wyszły świetnie! Dokładając szczęścia, kropkę nad i tego wyjazdu, postawił 12 kilogramowy karp, który wziął podczas sesji zdjęciowej złowionej w nocy dwudziestki – dzięki czemu, mam zdjęcia także z nim. Goniąc czas, moją wyprawę, zakończyłem z pięknym wynikiem 4 karpi – każdy o masie powyżej 10kg w tym jeden 20+ w około 12 godzin.

    DSC_2321 DSC_2332

     

     

     

     

     

     

     

     

    Tego rodzaju krótkie sesje, na dłuższą metę, są zdecydowanie męczące, jednak każdemu polecam, tego rodzaju wypad – obierając odpowiednią taktykę, zarówno nęcenia jaki i lokalizacji ryb, a następnie jej realizowanie jak widać, wbrew niesprzyjającemu upływowi czasu może przynieść doskonały efekt. Sądzę, że grupa ryb, po zamieszaniu związanym z holem, wracała w nęcone miejsce, próbując najeść się mikro pelletem oraz niewielkimi kulkami. Na moje szczęście, tej nocy, pośród tej grupy był piękny okaz! Na koniec „dwa słowa” o zestawie końcowym. Jestem zwolennikiem przypiętego do dna przyponu, w związku z tym odkąd tylko wpadła mi w ręce Gravity Silk używam jej w większości przypadków. Przy jej użyciu zawiązałem Blow Back Rig na haku Stealth Hook Nailer LS z dłuższym włosem – dzięki temu, minimalizuję ryzyko brania mniejszych ryb. Każdorazowo, na przypon nawleczona była „kiełbaska” PVA z wymieszanym 2 i 4mm Micro Pelletem. Przynęta to bałwanek z zanętowej kulki Diabelska Słodycz – 14mm oraz 14mm kulki pływającej o tym samym zapachu. Bałwanki balansuję w ten sposób, aby haczyk oraz kulka tonąca leżały na dnie.

    DSC_2308

    Powodzenia w waszych wyścigach!

    Marcin Dębski

  • Dwa dzikusy na The One

    Nie wiem, czy Wy też macie podobne odczucia, ale ja mam wrażenie, że z tym czasem to jest jakieś mega oszustwo!!! Siedzę w pracy i czekam na kolejny weekend, a cztery dni trwają całą wieczność. W końcu jestem tam gdzie lubię najbardziej. Stawiam namiot nad pięknym dzikim bajorkiem, wsiadam do pontonu robię całą robotę i zawiesza mi się czasoprzestrzeń. „Chwilę” później, dociera do mnie, że minęły trzy doby, muszę wracać do cywilizacji, a takie powroty są nie do wytrzymania. Podobnie było tym razem. Nad wodę przyjechałem około 16-tej. Po przyjeździe, okazało się, że miejsce, w którym zamierzałem łowić, było zajęte. Po kilku zdaniach, okazało się, że chłopaki siedzą od rana i już mają lekko dosyć, więc zapaliło się światełko w tunelu. Żeby nie tracić czasu napompowałem ponton i popłynąłem poszukać jakiś miejscówek. Po dwóch godzinach spędzonych w pontonie miałem wytypowane dwie miejscówki. W wyborze pierwszej miejscówki pomogły mi bobry. Zdecydowałem się łowić pod drugim brzegiem, przy leżącym w wodzie zwalonym drzewie. Głębokość w tym miejscu oscylowała w granicach dwóch metrów, a odbijające od dna liście grążeli utwierdzały mnie w przekonaniu, że karpie powinny się tu kręcić.

    Czytaj dalej

  • Jesienne karpie

    Z pośród czterech karpiowych pór roku, właśnie jesień lubię najbardziej. Jest to dla mnie bardzo trudny okres, ponieważ próbuję w tym czasie ogarnąć trzy niemożliwe do pogodzenia „rzeczy”: karpie, rodzinę i pracę. „Kochanie wytrzymaj proszę kolejny raz to, że częściej jestem nad wodą niż w domu”… Spadek temperatury i mniejsza ilość światła w ciągu doby, jest dla karpi sygnałem że, powinny najeść się na zapas. Siedzenie w domu w takim momencie, byłoby ciężkim grzechem. Zaczyna się okres wielkiego żarcia, trwający najwyżej parę tygodni, w którym ryby uzupełnią potrzebny im do przezimowania tłuszcz. Kiedy temperatura wody spadnie poniżej 10st, karpie zwolnią swój metabolizm i nie będą już żerowały kilka razy na dobę. Łowienie w takich warunkach jest trudniejsze i z reguły sprowadza się do wyłuskiwania pojedynczych, ale często wartościowych ryb. Jest to dla mnie najlepszy okres polowania na naprawdę wielkie karpie. Średnia waga łowionych przeze mnie ryb, jest największa właśnie w październiku i listopadzie. Czytaj dalej

  • Jaką plecionkę wybrać?

    Bardzo ważną częścią mojego karpiowego wyposażenia są zestawy końcowe. To od nich, w głównej mierze, zależy prezentacja  przynęty i to, czy karp w ogóle zechce ją zassać. Nie od dziś wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach. Wybieram więc bardzo starannie każdy element mojego zestawu końcowego. Chciałbym, w tym artykule przybliżyć materiały przyponowe, których używam, a także sytuacje, w których najlepiej się sprawdzają. Plecionka, z której wiążę zestawy końcowe, nigdy nie jest przypadkowa i zawsze staram się optymalnie ją dopasować do warunków panujących w łowisku, a także mechaniki zestawu. Wszystkie materiały przyponowe można podzielić na dwie podstawowe grupy sztywne i miękkie. Jak sama nazwa mówi, pierwsza grupa to materiały do wiązania sztywnych przyponów. Należą do niej wszelkiego rodzaju specjalne żyłki mono i fluorocarbony. Czytaj dalej

Produkty 1 do 10 z 30

na stronę
Strona:
  1. 1
  2. 2
  3. 3